Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty
ŻONA POTWORA
Jacques Expert jest dziennikarzem i
pewnie z racji zawodu (odpowiada przede wszystkim za kronikę
wydarzeń) zainteresował się losem kobiet związanych z
najgorszymi przestępcami: mordercami i gwałcicielami. Swoje
przemyślenia przekuł w pierwszą powieść: Żonę potwora. Jak myślicie, jak udało się
facetowi wcielić w rolę maltretowanej kobiety?
MIMO WSZYSTKO ŻYCIE JEST DOBRE
Ile znacie książek, które na Lubimy czytać mają ocenę ponad 9/10 (serio, jeśli znacie, dajcie znać w komentarzu)? Nawet te naprawdę świetne mają 7 z przecinkiem, czasem trochę ponad 8 (sprawdziłam ostatnio przeczytaną Moją walkę – 7,3, mniej niż, o zgrozo, Prowincja pełna snów). Delikatną równowagę zgarnęłam w amoku z bibliotecznej półki i już zamierzałam oddać bez czytania, ale przed podjęciem ostatecznej decyzji zajrzałam do internetu, a tam... 9,14/10. Co jest?
I faktycznie: książka jest
rewelacyjna.
Zawrót głowy
Takie recenzje lubię pisać
najbardziej! Książka niepozorna, malutka, skromna (bohaterów,
łącznie z drugoplanowymi, można zliczyć na palcach jednej ręki),
stareńka (1954), taki odpad biblioteczny zabrany kiedyś nie wiadomo
dlaczego, bo nawet nazwisko autora (a raczej nazwiska, bo
Boileau-Narcejac to wspólny pseudonim dwóch francuskich pisarzy)
nigdy mi się nie obiło o uszy, zresztą jeśli chodzi o literaturę
francuską, to akurat wielką fanką nie jestem. A tu takie
zaskoczenie, taka rewelacyjna powieść!
"Wszystko jest nowe"
Drugi tom Trylogii kosmicznej jest
bezsprzecznie najlepszy (pierwszy TU). Piszę o nim osobno, bo próba zawarcia
wrażeń ze wszystkich trzech części w jednej notce musiałaby się
skończyć albo najdłuższym postem w historii internetu, albo
potraktować powieści po macoszemu. A byłaby szkoda. Zresztą Lewis
we wstępach zaznacza, że każdą z nich można czytać osobno, i
faktycznie każda jest inna, choć łączy je główny bohater.
O życiu.
To już piąta książka Oates, po
którą sięgnęłam (wcześniej były: Córka grabarza, Mama
odeszła, Moja siostra, moja miłość i Blondynka).
Są trudne, często nawet męczące pod względem formy, ale
zapadające w pamięć i ważne. I każda inna, choć wszystkie mają coś wspólnego – łatwo je rozpoznać na tle całej
literatury amerykańskiej.
Ludzie z Innhaug
Kto odwiedza mnie na fejsie, wie, że pochłonęła mnie ta powieść. Recenzja na gorąco, bo wczoraj
skończyłam czytać i wczoraj napisałam. Co to był za wspaniały
tydzień! Saga, XIX-wieczna wieś, Norwegia – to nie mogła być
kiepska książka. Ale nie wiedziałam, że okaże się takim
wspaniałym odkryciem.
"Niebo w tych stronach stało się niemożliwością"
Jak dobrze znacie literaturę
afrykańską? A może nawet sobie jej nie wyobrażacie? Ja czytałam
zaledwie kilka książek z jej pogranicza (na przykład tę i tę) i ani jedna mnie nie rozczarowała. Za to nie potrafię policzyć, ile polskich i amerykańskich cud-powieści
nie sprostało moim (przyznaję, często wygórowanym) oczekiwaniom...
Trudno uwierzyć, że Lunatyczna kraina, uznana za jedną z
najlepszych powieści afrykańskich XX wieku, jest debiutem (w oryginale ukazała się w 1992 roku, u nas dopiero w 2010).
Moje odkrycie
Miałam tych opowiadań nie recenzować,
bo zaczęłam je czytać wieki temu, a skończyłam niedawno. Nie
chciałam też po raz kolejny pisać, że to „przejmujące“, że
bohaterowie są „tacy prawdziwi“, a portrety „wiarygodne“ i
„świetnie przedstawione“. Ale nie mogę o nich nie wspomnieć, bo to najlepsze
opowiadania, jakie czytałam od dawna. Wiem, że teraz każdy mdleje
na widok kolejnego tomu Munro – ale ja przeczytałam dwa jej zbiory
i te podobają mi się bardziej. Zdecydowanie.
Co potrafi nastolatka
Helen
Oyeyemi, Mała Ikar
Wydawnictwo
W.A.B., seria Z miotłą
Mała
Ikar podobno powstała, gdy Helen Oyeyemi (ur. 1984) była w liceum.
Gdybym nie dowiedziała się o tym z okładki, nigdy by mi nie
przyszło do głowy, że ktoś tak młody mógł stworzyć tak dobrze
napisaną, dojrzałą i ciekawą książkę. Z drugiej strony –
może właśnie stąd świeżość, inność tej powieści? Wielkie zaskoczenie, świetna lektura.
„Kiedy byłam mała, myślałam, że wojna i pokój to antonimy“
Kim Thúy (ur. 1968) pochodzi z Wietnamu, jednak w wieku 10 lat przypłynęła wraz z innymi uchodźcami do Quebeku. Była już krawcową, tłumaczką, adwokatem, restauratorką; teraz pisze. Ru to jej pierwsza książka, zapiski autobiograficzne, mozaika wspomnień, odpryski przeszłości. Niesamowity tekst.
To cieniutka książeczka – 157 stron migawek z życia autorki zajmujących mniej więcej połowę tej powierzchni, bo każda zaczyna się od nowej strony, a wszystkie są króciutkie. I absolutnie nie jest to chwyt marketingowy mający na celu sztuczne zwiększenie objętości: tu każdy fragment stanowi kompletną opowieść, zamkniętą całość; każdy mówi o czymś innym. Niełatwo w kilku zdaniach, na zaledwie połowie strony opowiedzieć coś tak, by nikt nie miał wrażenia skrótowości, by niczego nie brakowało – a autorka to świetnie potrafi i naprawdę chylę czoła przed jej talentem. To chyba najbardziej naładowana sensami proza, jaką miałam okazję czytać, i w tym znaczeniu jest ona poetycka. Te 157 niewielkich stron czytałam przez trzy dni – żeby smakować, przetrawić każdą historię, żeby niczego nie pominąć.
Każdy krok trzeba wywalczyć
Jürgen
Thorwald, Stulecie chirurgów
Wydawnictwo
Literackie
Jürgen
Thorwald (1915-2006) był niemieckim pisarzem, dziennikarzem i
historykiem. Stulecie chirurgów to pierwsza część jego trylogii
poświęconej historii medycyny. Książka powstała na podstawie
notatek jego dziadka, Henry'ego Stevena Hartmanna, chirurga, który
16 października 1846 roku był naocznym świadkiem pierwszej
operacji pod narkozą. To on właśnie jest narratorem i z jego
punktu widzenia poznajemy przeszło sto lat fascynującej historii
pokonywania granic, jakie stawia człowiekowi natura.
Książka
jest podzielona na kilka części, które wyznaczają kolejne wielkie
etapy rozwoju chirurgii: wynalezienie znieczulenia, zrozumienie potrzeby czystości przez pierwszych lekarzy, rozwój aseptyki, dążenie w głąb ludzkiego ciała w
poszukiwaniu nieprzekraczalnych granic ingerencji chirurgicznej.
Opowieść zaczyna się jeszcze przed wynalezieniem narkozy, kiedy
cały medyczny świat trwał w przekonaniu, że operacja i ból są
ze sobą naturalnie i nierozerwalnie związane, a zabiegi ograniczano
do najprostszych i najbardziej koniecznych. Przez całe wieki
pokutował pogląd, że otwarcie jamy brzusznej musi się skończyć
śmiercią – nie było więc mowy o eksperymentach na organach
wewnętrznych. W kolejnych rozdziałach pokolenia lekarzy uczą się,
że możliwe jest usuwanie torbieli, kamieni z pęcherza moczowego,
że cesarskie cięcie nie musi oznaczać jedynie cienia szansy na
przeżycie dla dziecka i pewnej śmierci dla matki, że można usunąć
jedną nerkę, a nawet złośliwe guzy, by wreszcie dotrzeć do
serca, pokonać zabobonne przekonanie, że każde dotknięcie
serca powoduje śmierć, i zaszyć ranę w tym budzącym lęk,
pulsującym organie. Niesamowicie było śledzić kolejne małe i
wielkie kroki na drodze postępu, towarzyszyć lekarzom w ich
rozterkach i obawach, obserwować powoli, ale nieustannie zachodzące
zmiany, nowe odkrycia i możliwości człowieka.
Wszystkie baśnie umarły
Majgull
Axelsson, Dom Augusty
Wydawnictwo
W.A.B., Seria z miotłą
Od
dawna miałam zanotowane nazwisko szwedzkiej pisarki na mojej (coraz
dłuższej) liście "do przeczytania w najbliższym czasie".
Intrygowały mnie opisy kolejnych jej powieści oraz raczej skrajne
opinie znalezione w internecie: jedni zupełnie się w tym świecie
nie odnajdują, inni są pochłonięci, zachwyceni wyczarowaną przez
Axelsson mroczną rzeczywistością. Do tej pory wydała ona pięć
powieści: Droga do piekła (1994), Kwietniowa czarownica (1997), Dom
Augusty (2000), Ta, którą nigdy nie byłam (2004) oraz Lód i woda,
woda i lód (2008). Była wielokrotnie nagradzana za swoją
twórczość, między innymi najważniejszym szwedzkim wyróżnieniem
– Augustpriest. Ja zaczęłam przygodę z jej twórczością od środka, bo akurat ta książka stała na bibliotecznej półce.
Dom
Augusty to opowieść o kilku pokoleniach kobiet. Na pierwszy plan
wysuwa się Augusta, jej wnuczka Alicja oraz wnuczka kuzynki Alicji,
Andżelika – a więc przedstawicielki co drugiego pokolenia na
przestrzeni całego XX wieku. Łączy je stary drewniany dom stojący
na skraju miasteczka: to w nim kolejne bohaterki znajdują
schronienie w kluczowych momentach swojego życia, to on jest
świadkiem cierpienia, lęku, tajemnic; słów pełnych nienawiści i
gestów miłości; pęcznieje od kolejnych historii zapisujących
się w ścianach, meblach, pościeli – by wreszcie opowiedzieć je tym, którzy zechcą się wsłuchać.
Rosja umiera
Irina Gołowkina, Pokonani
Wydawnictwo Czytelnik
Ostatnio mam szczęście do
dobrych lektur. O tej dowiedziałam się dzięki blogowym listom
ulubionych książek od A do Z – dwie czy trzy osoby wymieniły
właśnie tę pozycję. Od dawna chciałam przeczytać jakąś
powieść dziejącą się w Rosji, a miałam nadzieję, że skoro niejedna
osoba zaliczyła Pokonanych do ulubionych lektur, mam spore szanse się nie rozczarować. I tak właśnie było.
Przenosimy się do Rosji lat 20. i
30. W wyniku rewolucji październikowej przedstawiciele arystokracji
zostali zepchnięci przez komunistów poza margines społeczeństwa.
Wychowanie w poczuciu honoru, godności, skromności i uprzejmości,
umiłowaniu sztuki i kultury – to wszystko staje się zbrodnią
przeciw partii. Ludzi, których jedyną winą było pochodzenie,
wytyka się palcami, zrywa się z nimi znajomości, donosi się na
nich. Nietykalni, trędowaci; wystarczy pokrewieństwo, znajomość,
nieuważne słowo, by stoczyć się w otchłań razem z tymi duchami
przeszłości, jak nazwani zostają w pewnym momencie represjonowani
bohaterowie. Razem z nimi umiera dziedzictwo kulturowe kraju: a to wszystko w imię wspólnoty, równości, nowego
bezklasowego społeczeństwa.
Gołowkina rysuje przed nami
szczegółowy obraz społeczeństwa tamtych lat: obok najróżniejszych
wysoko urodzonych bohaterów poznajemy także inteligencję i
partyjnych, choć najważniejsi – i najliczniejsi – są
przedstawiciele pierwszej grupy. Dawne i nowe znajomości,
przypadkowe spotkania, rodzinne i sąsiedzkie relacje – wszystkie
się ze sobą splatają, gdy świat arystokracji stopniowo się
kurczy, zarówno w sensie fizycznym, gdy do wielopokojowych mieszkań
dosiedla się wciąż nowych lokatorów, jak i psychicznym: gdy
odchodzą kolejni bliscy, pętle śledczych coraz silniej i gęściej
oplatają umysły i serca, zmuszając do życia w ciągłym strachu,
niepewności, rozpaczy. Towarzyszymy bohaterom w ich codzienności,
walce o przetrwanie, ale też w próbach normalnego życia,
poszukiwaniu szczęścia na miarę czasów, w których przyszło im
żyć.
Słuchasz?
Marta Syrwid, Zaplecze
Wydawnictwo W.A.B., seria Z Miotłą
Marta Syrwid jest młodą (ur.
1986) polską pisarką. Debiutowała jako autorka opowiadań w wieku
szestanstu lat. W 2004
roku wydała zbiór opowiadań Czkawka oraz otrzymała stypendium
Funduszu Pomocy Młodym Talentom, a pięć lat później –
stypendium Homines Urbani. W 2009 roku ukazała się pierwsza powieść
Syrwid, Zaplecze. Moim skromnym zdaniem – naprawdę świetna książka.
Nastoletnia Klara, anorektyczka,
opowiada. Jest na autorskiej diecie: pół kilograma gotowanej
fasolki i szklanka soku pomarańczowego dziennie. Idealnie gładko
zaczesane włosy. Pokój wysprzątany na błysk. Prace domowe
odrobione na najbliższy miesiąc z góry. Plan dnia doskonale
dopracowany, przestrzeń uporządkowana. Panuje nad rzeczywistością.
Poznajemy ją jeszcze jako
kilkuletnią dziewczynkę, żyjącą w dwupokojowym mieszkaniu z
despotycznym Ojcem, matką i babcią. Rodzice się kłócą, wrzaski
i przepychanki są na porządku dziennym. Mężczyzna udowadnia swoją
siłę wyzywając dziewczynkę i zmuszając ją do jedzenia
znienawidzonych zup. Matka coraz rzadziej broni Klary, zwłaszcza
odkąd w domu pojawił się młodszy braciszek. W szkole jedyną jej
koleżanką jest wredna i zapatrzona w siebie Ewka. Klara żyje w tym
swoim światku, kiełkuje w niej bunt, w końcu przychodzi olśnienie:
musi być doskonała. Szupła. Piękna. Sterylna. Najlepsza. Mam
najlepsze zeszyty, notatki i oceny. Najzgrabniejsze nogi i
najfajniejszy breloczek do kluczy. Jestem zbudowana z rzeczy, które
mam. Które kupiłam. Z tego, co wytrenowałam.
Autorka bardzo realistycznie
przedstawia psychikę nastolatki – a wsześniej dziecka – a także
mechanizmy, które prowadzą bohaterkę ku ideałowi: 170 cm, 40 kg.
To nie tylko wstręt do jedzenia, do którego była tyle razy
przymuszana; to także potrzeba bycia idealną pod każdym względem,
by Ojciec musiał wreszcie powiedzieć coś miłego. To udowodnienie
wszystkim, że może. Być silniejsza, pokonać siebie, zrobić na złość. A przede wszystkim – rozpaczliwy krzyk bezsilności,
wołanie o odrobinę miłości i akceptacji. Klara jest zawzięta,
uparta, walczy z rodzicami, rówieśnikami, a przede wszystkim ze
sobą: Zakładam się ze sobą. Udowodnij, że potrafisz. Zrób
czterysta brzuszków. Jak nie udowodnisz, będziesz beznadziejna.
Głupia, słaba i tłusta. Gdy je, Ojciec wygrywa. Tak było, gdy
była mała i tak jest teraz. Bardzo chce, by jej świat był prosty
i poukładany, ale tak niestety nie jest. Boję się. Jeść. Nie
jeść. Sama w sobie wprowadzam stan wojenny.
Ocalić przeszłość
Daniel Mendelsohn, Zagubieni. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów
Wydawnictwo Czarne
Daniel Mendelsohn z pochodzenia jest amerykańskim Żydem, z wykształcenia filologiem klasycznym, z zamiłowania historykiem rodziny – bo nie rozumie, jakim cudem można mieć jakąkolwiek teraźniejszość, nie znając wydarzeń z własnej przeszłości. Urodził się w 1960 roku; jego dziadkowie wyemigrowali do Stanów, gdy atmosfera w ich rodzinnym Bolechowie zaczęła gęstnieć, a nad Polską zbierały się czarne chmury. Dzięki podróży za ocean niemal wszyscy uniknęli – czy może lepiej powiedzieć: nie doświadczyli na własnej skórze – koszmaru II wojny. Wyjątkiem był stryj Mendelsohna z rodziną: Szmil, Estera i ich cztery córki. Nie chcieli wyjechać, gdy mogli, a gdy chcieli – było już za późno.
Książka jest próbą zrekonstruowania tego, co stało się z sześciorgiem krewnych. W rodzinie o nich nie mówiono: od czasu do czasu autorowi udało się mimochodem zdobyć jakieś strzępy informacji, ale wszelkie pytania „jak?”, „gdzie?”, „kiedy?” rozbijały się o mur milczenia. Wiadomo było tylko, że zostali Zamordowani przez hitlerowców. Dopiero po latach, gdy umiera ukochany dziadek Daniela – brat zaginionego Szmila – mężczyzna podejmuje żmudny trud poznania prawdy. Przełamuje rodzinne tabu, drąży, szuka, pyta, poświęca kilka lat swego życia, by ocalić los tych sześciorga. Książka jest zapisem tych poszukiwań, w każdym calu prawdziwa, wraz ze zdjęciami i nielicznymi ocalałymi dokumentami.
Ojcostwo po omacku
Ryan Knighton, Zapiski niewidomego taty
Ryan Knighton (ur. 1973) to kanadyjski pisarz i wykładowca literatury angielskiej na Uniwersytecie Capilano. Gdy miał 18 lat, wykryto u niego retinopatię barwnikową, chorobę, w wyniku której stopniowo tracił wzrok. Po dziesięciu latach życia w gęstniejących ciemnościach los postawił przed nim nowe wyzwanie: odpowiedzialność za dziecko.
Zapiski niewidomego taty mogłyby być łzawą historią nieszczęśliwego człowieka, który nie może spojrzeć na swoje dziecko. Na szczęście nie są. Nie jest to też kolejna książka typu "perypetie młodych rodziców", gdyż trudności, z jakimi zmaga się autor, są znacznie większego kalibru. Każdy, kto ma dzieci, wie, jak wyczerpująca może być opieka nad maluchem - nawet jeśli dwoje dorosłych zmienia warty. Młody tata zdaje sobie z tego sprawę i czuje się bezużyteczny - nie może wyręczyć żony w najprostszych czynnościach, co więcej, nieraz stanowi dla niej dodatkowy ciężar.
Błądzenie po omacku to stan nieobcy większości świeżo upieczonych rodziców. Jesteśmy skazani na zgadywanie, domyślanie się, zawodną metodę prób i błędów, niepewność i nieznośne poczucie niewiedzy. To wszystko nabiera zupełnie nowego wymiaru, kiedy nie mamy do pomocy wzroku, a zagubienie z metaforycznego staje się jak najbardziej realne. Mimo to Ryan Kinghton nie użala się nad sobą, nie wzbudza litości, nie pławi się w swoim nieszczęściu. Z zadziwiającym dystansem do siebie, dużą dawką humoru - niekiedy wisielczego - oraz nieodłączną ironią opowiada o swoim odkrywaniu ojcostwa. Musi sam szukać odpowiedzi na pytanie, co znaczy być tatą, gdyż wzór ojca, który wyniósł z dzieciństwa, jest w jego przypadku niemożliwy do zrealizowania. A przecież jak każdy chyba marzy, by być dla swojej córki wzorem, oparciem, nauczycielem. Dlatego walczy, próbuje, ryzykuje. I w końcu wygrywa.
Ryan Knighton (ur. 1973) to kanadyjski pisarz i wykładowca literatury angielskiej na Uniwersytecie Capilano. Gdy miał 18 lat, wykryto u niego retinopatię barwnikową, chorobę, w wyniku której stopniowo tracił wzrok. Po dziesięciu latach życia w gęstniejących ciemnościach los postawił przed nim nowe wyzwanie: odpowiedzialność za dziecko.
Zapiski niewidomego taty mogłyby być łzawą historią nieszczęśliwego człowieka, który nie może spojrzeć na swoje dziecko. Na szczęście nie są. Nie jest to też kolejna książka typu "perypetie młodych rodziców", gdyż trudności, z jakimi zmaga się autor, są znacznie większego kalibru. Każdy, kto ma dzieci, wie, jak wyczerpująca może być opieka nad maluchem - nawet jeśli dwoje dorosłych zmienia warty. Młody tata zdaje sobie z tego sprawę i czuje się bezużyteczny - nie może wyręczyć żony w najprostszych czynnościach, co więcej, nieraz stanowi dla niej dodatkowy ciężar.
Błądzenie po omacku to stan nieobcy większości świeżo upieczonych rodziców. Jesteśmy skazani na zgadywanie, domyślanie się, zawodną metodę prób i błędów, niepewność i nieznośne poczucie niewiedzy. To wszystko nabiera zupełnie nowego wymiaru, kiedy nie mamy do pomocy wzroku, a zagubienie z metaforycznego staje się jak najbardziej realne. Mimo to Ryan Kinghton nie użala się nad sobą, nie wzbudza litości, nie pławi się w swoim nieszczęściu. Z zadziwiającym dystansem do siebie, dużą dawką humoru - niekiedy wisielczego - oraz nieodłączną ironią opowiada o swoim odkrywaniu ojcostwa. Musi sam szukać odpowiedzi na pytanie, co znaczy być tatą, gdyż wzór ojca, który wyniósł z dzieciństwa, jest w jego przypadku niemożliwy do zrealizowania. A przecież jak każdy chyba marzy, by być dla swojej córki wzorem, oparciem, nauczycielem. Dlatego walczy, próbuje, ryzykuje. I w końcu wygrywa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








