Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

„Kochając syna“, czyli wkurzyłam się


Pierwsza książka Lisy Genovy, Motyl, bardzo mi się podobała. Miałam parę zastrzeżeń, ale jak na debiut – było świetnie. Lewa strona życia okazała się, mimo wtórności, lekturą wciągającą i ciekawą: autorka opisała mało znane zaburzenie, więc było interesująco. Byłam ciekawa, jak rozwinie się jej pisarstwo. No i jak myślicie, w którą stronę poszła Genova?

OKRUCHY IV


Kolejny zbiór szczątków recenzji, czyli książki, o których miałam do powiedzenia tylko kilka słów, a szkoda by było nie powiedzieć nic. Noblistka, moja ukochana Tokarczuk i autyzm po skandynawsku. Zapraszam!

KIEDY ZACZYNA SIĘ CZŁOWIEK?


Taka fantastyka, jaką lubię, czyli w zasadzie wcale nie fantastyczna ;) Raczej filozoficzna. Zresztą sięgając po prozę Silverberga, wiem już, czego się mniej więcej spodziewać. Rzecz się dzieje w XXI wieku, tylko książka jest stara, co prowadzi do uroczych obrazków: ludzie są w stanie przenieść kogoś w czasie, ale dane przechowują na dyskietkach.

OKRUCHY (1)


Na wielu blogach funkcjonuje taki cykl i chyba dobrze się sprawdza – w każdym razie nieraz brakowało mi krótszej formy wpisów i zdecydowałam się też ją wprowadzić. Tu będą trafiać książki, o których chciałabym wspomnieć, ale o których nie mam do powiedzenia aż tyle, by tworzyć wyczerpującą recenzję. Mieszanina gatunków, autorów, tematyki. Starocie i nowości, grube i cienkie, pod jakimś względem ciekawe. Co cię uzbiera. Po trzy tytuły. 

„Ultramaraton oznacza transcendencję“, czyli bieganie jest dla szaleńców


To moja druga książka o bieganiu (więcej czytam niż biegam, biegam sporadycznie, ale lubię czytać ;) ) i tak jak poprzednia, okazała się w dużej mierze książką uniwersalną. Może opowiadać o sporcie w ogóle, a w jeszcze szerszej perspektywie – o każdym, kto do czegoś dąży. O tobie.

JEDYNIE DOTKNIĘCIE RĘKI BRATA...


Jedna z tych książek, które się czyta, hmmm – normalnie. Dość szybko, przyjemnie, ale bez jakiegoś wielkiego wow. A potem przychodzi ostatnia strona i... czytelnik obrywa w łeb. Pobudka.

ZNÓW O JEDZENIU

Dziś bez zdjęcia, bo chyba już się tej książki pozbyłam. Jakaś ostatnio jestem roztrzepana... W każdym razie będzie o Mofongo Cecilii Samartin. Jedna z wielu książek wyszperanych na wyprzedaży. Zadziwiająco krótko czekała na półce :) Kolejna z nurtu „z gotowaniem w tle“, po którym raczej niewiele się zwykle spodziewam i którego można mieć już serdecznie dość. Ja nie mam, bo po pierwsze, czytałam takich niewiele (KuchnięFranceski, Kroplę oliwy i to chyba tyle), a po drugie – kocham jeść i kocham gotować, więc o jedzeniu mogę dużo. No i tym razem to nie Włochy ani Grecja (!).

Czy pół świata wystarczy?


Lewa strona życia to kolejna książka Lisy Genovy, której Motyl bardzo mi się podobał. Mimo trudnych tematów to lekka literatura: szybko się czyta, dużo się dzieje, jest przystępnie napisana. Nową powieść pochłonęłam w dwa dni – naprawdę nieczęsto mi się to zdarza.

Jesienny czasoumilacz


Po tak zwaną „lekką“ literaturę sięgam zawsze z największą ostrożnością, bo w co najmniej czterech przypadkach na pięć kosztuje mnie ona więcej nerwów i stresu niż kosztowałaby wysiłku intelektualnego jakaś porządna lektura. To ja pięknie dziękuję za taki relaks! Tym razem byłam zdesperowana, bo z dnia na dzień poczułam się beznadziejnie i całe popołudnie spędziłam na kanapie, w swetrze i pod kocem (dla tych, którzy mnie nie znają – wśród znajomych jestem legendą, długi rękaw zakładam tylko jesienią i zimą, a i to wyłącznie na dworze). Tym razem miałam dużo szczęścia, że akurat pod ręką znalazła się Kuchnia Franceski.

O życiu.


To już piąta książka Oates, po którą sięgnęłam (wcześniej były: Córka grabarza, Mama odeszła, Moja siostra, moja miłość i Blondynka). Są trudne, często nawet męczące pod względem formy, ale zapadające w pamięć i ważne. I każda inna, choć wszystkie mają coś wspólnego – łatwo je rozpoznać na tle całej literatury amerykańskiej.

"Idź, sprzedaj wszystko, co masz..."


Widzieliście film? Ja oczywiście nie, bo moje kinowe zaległości sięgają kilku lat i nie zanosi się na poprawę. To akurat wyjątkowo wdzięczny materiał do ekranizacji, więc chętnie obejrzę, jak już będzie w telewizji :) A na razie cieszę się, że przeczytałam książkę.

Z serii: uciec-na-zadupie-i-zacząć-jeszcze-raz. Ale inaczej!


Kolejny KIK, który pozytywnie mnie zaskoczył. Czytając opis na okładce można pomyśleć, że to męska wersja retro niezawodnego dziś i bez umiaru eksploatowanego schematu powieści uciec-na-zadupie-i-zacząć-wszystko-od-nowa. Na szczęście nie do końca, choć jest w tym trochę prawdy.

Powrót do dzikusów


Recenzja sprzed wieków, bo przeczytałam i opisałam tę książkę chyba parę miesięcy temu. I tak sobie czekała. A to taka wakacyjna lektura, więc odkopałam :) To dalsze losy amerykańskiej rodziny osadzone w połowie ubiegłego wieku, czyli druga część Życia wśród dzikusów. Nie rzuciłam się na nią od razu, bo szkoda mi było – w końcu są tylko dwie ;) W dodatku druga okazała się słabsza. Ale i tak było sympatycznie.

Matka doskonała?


Książka jakiś czas temu bardzo popularna na blogach. I bardzo kontrowersyjna, żeby nie powiedzieć – wyzywająca, co sugeruje już podtytuł: Dlaczego chińskie matki są lepsze? Jakby autorka rzucała rękawicę wszystkim niechińskim matkom (choć faktycznie za przeciwieństwo „chińskiej matki“ uważa matkę „amerykańską“, o Słowianach ma nieco lepsze mniemanie). Podejmiecie wyzwanie?

Umiesz dziwić się światem?


Nie będę się za długo nad tą książką rozwodzić, bo w blogosferze krążą już chyba setki recenzji (ręka w górę, kto jeszcze o niej nie słyszał Nie ma nikogo? Tak myślałam). Fizyka mnie ani nie fascynuje, ani nie wzbudza we mnie paniki (pozdrawiam Tatę, który pewnie właśnie nade mną zapłakał ;)) i nazwisko Feynmana nic mi nie mówiło, póki nie zobaczyłam pierwszych recenzji. Ale już się trochę douczyłam, chociaż „relatywistyczna elektrodynamika kwantowa“ nadal mówi mi, ekhm, niewiele.

Filozofia biegania


Blogowy szał na Murakamiego jakoś mnie ominął, ale w zeszłym roku uległam modzie na bieganie :) Na typowe poradniki nie miałam ochoty, ale byłam bardzo ciekawa, co pisarz mówi, kiedy mówi o bieganiu. I szybko się okazało, że bieganie jest dla niego czymś znacznie więcej niż tylko formą sportu, a książka nie jest kierowana tylko do zapalonych maratończyków – choć jestem pewna, że gdyby nie moje osobiste doświadczenia (na razie skromne), przeczytałabym ją ze znacznie mniejszym zainteresowaniem.

Najzabawniejsza książka, jaką znam


Tragiczna okładka jednego z kolejnych wydań – kojarzy mi się z poradnikiem dla rodziców i na pewno nie wzięłabym jej z biblioteki, błądząc między półkami. Sama książka ukazała się krótko po wojnie. I jest wspaniała!

Moje odkrycie


Miałam tych opowiadań nie recenzować, bo zaczęłam je czytać wieki temu, a skończyłam niedawno. Nie chciałam też po raz kolejny pisać, że to „przejmujące“, że bohaterowie są „tacy prawdziwi“, a portrety „wiarygodne“ i „świetnie przedstawione“. Ale nie mogę o nich nie wspomnieć, bo to najlepsze opowiadania, jakie czytałam od dawna. Wiem, że teraz każdy mdleje na widok kolejnego tomu Munro – ale ja przeczytałam dwa jej zbiory i te podobają mi się bardziej. Zdecydowanie.

Pan od wszystkiego

Jan Karon, W moim Mitford
Wydawnictwo Zysk i S-ka, seria Kameleon

Amerykański bestseller, jak dumnie głosi okładka :) Jednak, o dziwo, tym razem nie rozczarowuje. Jak na bestseller przystało, książka jest miła i przyjemna, ciepła, lekka – ale nie głupia. A takich mi czasem bardzo potrzeba.