Lubię zaskakujące książki dla
dzieci, lubię oryginalne, dziwaczne, wyjątkowe książki dla
dorosłych. A Biblioteka Babel to prawie gwarancja niebanalnej
lektury. Okładkowy opis Pingwinów nie zapowiada niczego
niezwykłego, przeciwnie: jest ciekawa postać, jest zagadka –
czemu doktor Gladov-Klass popełnił samobójstwo? – wydaje się, że
czeka nas po prostu powieść z dreszczykiem. No cóż,
zdziwicie się :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
„Kino to najlepsze wariatkowo, jakie wynaleźliśmy“
Jose
Carlos Somoza, Namalowane okno
Wydawnictwo
MUZA, seria Salsa
Nazwisko
hiszpańskiego (choć urodzonego na Kubie) pisarza od dawna widniało
na mojej liście „must read“. Podczas ostatniej wizyty w
bibliotece zupełnie przypadkiem rzuciło mi się w oczy Namalowane
okno, więc po swojemu – nie zastanawiając się, bardzo pobieżnie
zaznajomiłam się z opisem na okładce – chwyciłam i poleciałam
dalej. Często w ten sposób trafiam na świetne książki :) Tak też
było i tym razem.
Życie splecione z przypadków
Marina Mayoral, Smutny to oręż, co nie broni się słowem
Wydawnictwo Muza, seria Salsa
Marina Mayoral (ur. 1942) to hiszpańska pisarka, absolwentka filologii romańskiej, profesor literatury. Wśród napisanych przez nią książek polskiemu czytelnikowi znane są między innymi Utajona harmonia, Życie oddać i duszę, Jedno drzewo, jedno pożegnanie.
Smutny to oręż, co nie broni się słowem to minipowieść. Dwunastoletnia Harmonia i sześcioletnia Rosa zostają umieszczone w sierocińcu, podczas gdy ich rodzice angażują się w hiszpańską wojnę domową. Niedługo potem dziewczynki odpływają promem do ZSRR, gdzie pani Maria del Mar prowadzi dom dziecka i opiekuje się emigrantami. Czekając na mamę przed rozstaniem, Harmonia zauważa jeszcze stojącego nieopodal chłopca, Leona, który na nikogo nie czeka i pierwszy wchodzi na pokład. W nowym kraju dzieci dostają zabawki i kredki, są dobrze traktowane i szczęśliwe: jedyną rysą – czy raczej nieusuwalnym pęknięciem – jest tęsknota za rodzicami i ojczyzną. Rok później wybucha wojna, jednak mieszkańcy Związku Radzieckiego jakby jej nie odczuli: dorastają, podejmują decyzje kierunkujące ich dalsze losy, nie dowiadujemy się, żeby im czegoś brakowało... Tymczasem życie rodziców Harmonii i Rosy toczy się innymi torami i, jak to bywa w czasie wojny, wprowadza zawirowania do ich pierwotnego planu.
Książka jest cieniutka – zaledwie 130 stron. Wystarczyły one autorce, by przedstawić dobre kilka lat z życia kilkorga ludzi i nakreślić ich dalsze losy w epilogu. W trakcie lektury miałam wrażenie, że historia mocno na tym ucierpiała: ciekawe losy ciekawych osób giną w podsumowujących akapitach niczym z baśni albo historii przekazywanej ustnie: Mijały lata i każdy z bohaterów tej opowieści powoli podążał własną drogą, wyznaczaną zarówno przez zewnętrzne okoliczności, jak i przez jego świadomo wybory. Żałowałam, że nie mogę lepiej poznać bohaterów, bo były to ciekawe, wzbudzające sympatię postacie: dzieci nad wiek dojrzałe, a jednak nadal postrzegające świat po swojemu; walczące o swoje szczęście na drugim końcu świata, nadal umiejące się cieszyć życiem, choć przecież okaleczone wojną.
Pewnie się narażę, ale...
Jaume Sanllorente, Uśmiechy Bombaju. Podróż do Indii zmieniła moje życie
... nie potrafię się przyłączyć do zgodnych zachwytów nad książką. Tym razem nie będzie recenzji, będzie moja refleksja.
Autor, młody przepracowany dziennikarz z Barcelony, ulega namowom i wybiera się na wakacje. Przypadkiem i trochę wbrew swojej woli trafia do Indii, które mimo nie najlepszego pierwszego wrażenia pozostawiają w nim niezatarty ślad i wciąż o sobie przypominają. W rezultacie Jaume wraca, osiedla się w Indiach i zakłada organizację pozarządową „Uśmiechy Bombaju”, która ma na celu ocalić przynajmniej niektóre tamtejsze dzieci od biedy, głodu, wykorzystywania seksualnego, przemocy i śmierci, a w zamian – zaoferować im możliwość rozwoju i lepszą przyszłość.
Książka z pewnością pełna jest życiowej mądrości i w żadnym razie nie zamierzam tego stwierdzenia podważać. Z każdego rozdziału można wyłuskać co najmniej jedno zdanie, które warto zapamiętać, przemyśleć, przyswoić i najlepiej – zastosować. Podziwiam autora za odwagę podążania za głosem serca, za wrażliwość, determinację, siłę... Naprawdę ciężko wyrazić słowami uznanie za ogrom pracy, jaki wykonuje dla innych. Każde jedno życie jest bezcenne, a on darował ich już 6000.
Średnio podoba mi się język książki, która jest pisana bardzo nierówno, w jednym miejscu jak sprawozdanie, w innym – z jakimiś poetyckim zacięciem. Myślę jednak, że Sanllorente nie starał się stworzyć arcydzieła, a jedynie apel, który miał poruszyć serca ludzi na całym świecie. I chyba mu się udało. Bo – dosłownie – serce pęka, jak się czyta o niemowlęciu uduszonym przez ojca, żeby w przyszłości nie sprawiało kłopotów albo dziewczynce okaleczonej po to, by wzbudzała większą litość turystów. Piękne słowa nie są w takich wypadkach potrzebne, by wstrząsać i poruszać.
Sanllorente pisze o sprawach bardzo ważnych, można śmiało powiedzieć – elementarnych, bo czy troska o drugiego człowieka nie jest jednym z naszych podstawowych zadań? Wydawałoby się, że autor przypomina jedynie o tym, co oczywiste; powtarza (to nie zarzut! O takich sprawach należy wciąż przypominać) to, o czym się mówi wciąż i na wiele sposobów – o czym wiemy, jeśli tylko chcemy słuchać. Tymczasem jego książka budzi takie poruszenie w kręgach czytelniczych, jakby do tej pory nikt nie słyszał o umierających z głodu, zmuszanych do pracy i wykorzystywanych seksualnie dzieciach w Afryce i Azji, a także, nie oszukujmy się, w bardziej „cywilizowanych” częściach świata. Jakbyśmy przeżywali szok, dowiadując się, że rzeczywiście można coś zrobić dla dobra innych. Na jakim świecie my żyjemy?
Autor co kilka stron powtarza: możesz coś zmienić, właśnie ty, właśnie sam, jeden, i świat będzie lepszy. Swoim przykładem obala mit, że jednostka nie jest w stanie niczego dokonać w pojedynkę, i zachęca do działania – w jakiejkolwiek formie. A my się zachwycamy: jaka poruszająca książka, jaka mądra, jaka piękna i wstrząsająca zarazem. I co dalej? I wracamy do swojego życia, jeszcze przez jakiś czas pod wrażeniem lektury, które się stopniowo coraz bardziej zaciera.
Jeszcze raz powtórzę – lektura z pewnością warta przeczytania, choć jej siła tkwi w rzeczywistości, którą powieść jedynie przedstawia, sama będąc całkiem przeciętną. Jest prawdziwa, ważna, mądra – ale literacko do mnie w ogóle nie przemawia.
Moja ocena: 6/10.
Zamiast opowiadać sobie o świetnej książce, skorzystajmy z zawartej w niej nauki i zróbmy coś dla innych. Jeśli ktoś z Was chciałby też podarować szansę na lepsze życie – chociaż jednemu dziecku – zapraszam na przykład tutaj:
... nie potrafię się przyłączyć do zgodnych zachwytów nad książką. Tym razem nie będzie recenzji, będzie moja refleksja.
Autor, młody przepracowany dziennikarz z Barcelony, ulega namowom i wybiera się na wakacje. Przypadkiem i trochę wbrew swojej woli trafia do Indii, które mimo nie najlepszego pierwszego wrażenia pozostawiają w nim niezatarty ślad i wciąż o sobie przypominają. W rezultacie Jaume wraca, osiedla się w Indiach i zakłada organizację pozarządową „Uśmiechy Bombaju”, która ma na celu ocalić przynajmniej niektóre tamtejsze dzieci od biedy, głodu, wykorzystywania seksualnego, przemocy i śmierci, a w zamian – zaoferować im możliwość rozwoju i lepszą przyszłość.
Książka z pewnością pełna jest życiowej mądrości i w żadnym razie nie zamierzam tego stwierdzenia podważać. Z każdego rozdziału można wyłuskać co najmniej jedno zdanie, które warto zapamiętać, przemyśleć, przyswoić i najlepiej – zastosować. Podziwiam autora za odwagę podążania za głosem serca, za wrażliwość, determinację, siłę... Naprawdę ciężko wyrazić słowami uznanie za ogrom pracy, jaki wykonuje dla innych. Każde jedno życie jest bezcenne, a on darował ich już 6000.
Średnio podoba mi się język książki, która jest pisana bardzo nierówno, w jednym miejscu jak sprawozdanie, w innym – z jakimiś poetyckim zacięciem. Myślę jednak, że Sanllorente nie starał się stworzyć arcydzieła, a jedynie apel, który miał poruszyć serca ludzi na całym świecie. I chyba mu się udało. Bo – dosłownie – serce pęka, jak się czyta o niemowlęciu uduszonym przez ojca, żeby w przyszłości nie sprawiało kłopotów albo dziewczynce okaleczonej po to, by wzbudzała większą litość turystów. Piękne słowa nie są w takich wypadkach potrzebne, by wstrząsać i poruszać.
Sanllorente pisze o sprawach bardzo ważnych, można śmiało powiedzieć – elementarnych, bo czy troska o drugiego człowieka nie jest jednym z naszych podstawowych zadań? Wydawałoby się, że autor przypomina jedynie o tym, co oczywiste; powtarza (to nie zarzut! O takich sprawach należy wciąż przypominać) to, o czym się mówi wciąż i na wiele sposobów – o czym wiemy, jeśli tylko chcemy słuchać. Tymczasem jego książka budzi takie poruszenie w kręgach czytelniczych, jakby do tej pory nikt nie słyszał o umierających z głodu, zmuszanych do pracy i wykorzystywanych seksualnie dzieciach w Afryce i Azji, a także, nie oszukujmy się, w bardziej „cywilizowanych” częściach świata. Jakbyśmy przeżywali szok, dowiadując się, że rzeczywiście można coś zrobić dla dobra innych. Na jakim świecie my żyjemy?
Autor co kilka stron powtarza: możesz coś zmienić, właśnie ty, właśnie sam, jeden, i świat będzie lepszy. Swoim przykładem obala mit, że jednostka nie jest w stanie niczego dokonać w pojedynkę, i zachęca do działania – w jakiejkolwiek formie. A my się zachwycamy: jaka poruszająca książka, jaka mądra, jaka piękna i wstrząsająca zarazem. I co dalej? I wracamy do swojego życia, jeszcze przez jakiś czas pod wrażeniem lektury, które się stopniowo coraz bardziej zaciera.
Jeszcze raz powtórzę – lektura z pewnością warta przeczytania, choć jej siła tkwi w rzeczywistości, którą powieść jedynie przedstawia, sama będąc całkiem przeciętną. Jest prawdziwa, ważna, mądra – ale literacko do mnie w ogóle nie przemawia.
Moja ocena: 6/10.
Zamiast opowiadać sobie o świetnej książce, skorzystajmy z zawartej w niej nauki i zróbmy coś dla innych. Jeśli ktoś z Was chciałby też podarować szansę na lepsze życie – chociaż jednemu dziecku – zapraszam na przykład tutaj:
Carlos Ruiz Zafon, Książę Mgły
Debiutancka - wydana w 1992 roku - powieść hiszpańskiego autora, któremu sławę przyniósł rewelacyjny Cień wiatru. Jak wszystkie książki Zafona, przyciąga piękną okładką. Adresowana do młodzieży, choć twórca wyraża nadzieję, że przypadnie ona do gustu także starszym czytelnikom. Czy tak się rzeczywiście dzieje?
Akcja toczy się w czasie II wojny światowej, choć ośmielę się stwierdzić, że nie ma to akurat większego znaczenia. Troje młodych bohaterów wraz z rodzicami przeprowadza się do małego miasteczka. Tam mają nadzieję uniknąć zagrożenia, jakie przyniosła im historia. Niepozorna mieścina okazuje się jednak spowita tajemnicą, a niebezpieczeństwo w niej uśpione bardziej realne niż walka prowadzona na odległych frontach. Nowi lokatorzy nadmorskiego domu zostają wciągnięci we wciąż żywą historię sprzed ćwierćwiecza. Jaka jest tajemnica latarnika? Co się stało z poprzednimi mieszkańcami domu? Kim jest Książę Mgły? Co robi w ogrodzie kamienna trupa cyrkowa? To tylko niektóre pytania, na które odpowiedzi szukamy razem z trzynastoletnim Maksem Carverem.
Akcja toczy się w czasie II wojny światowej, choć ośmielę się stwierdzić, że nie ma to akurat większego znaczenia. Troje młodych bohaterów wraz z rodzicami przeprowadza się do małego miasteczka. Tam mają nadzieję uniknąć zagrożenia, jakie przyniosła im historia. Niepozorna mieścina okazuje się jednak spowita tajemnicą, a niebezpieczeństwo w niej uśpione bardziej realne niż walka prowadzona na odległych frontach. Nowi lokatorzy nadmorskiego domu zostają wciągnięci we wciąż żywą historię sprzed ćwierćwiecza. Jaka jest tajemnica latarnika? Co się stało z poprzednimi mieszkańcami domu? Kim jest Książę Mgły? Co robi w ogrodzie kamienna trupa cyrkowa? To tylko niektóre pytania, na które odpowiedzi szukamy razem z trzynastoletnim Maksem Carverem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




