Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

Prus marzyciel


Pozostając w temacie młodych adeptów medycyny: dziś parę słów o krótkiej nowelce, której bohaterem jest biedny student tegoż kierunku. Kontrastowo do Medicusa pod względem formy, objętości, realizmu i niestety wrażeń też...

Elizabeth Gaskell w mrocznym wydaniu


Gdyby nie fakt, że przypadkiem natknęłam się na e-book Szara dama, nie wiedziałabym nawet, że Elizabeth Gaskell pisała takie mroczne opowiadania. A to tylko jedno z całego zbioru! W niczym nie przypomina ono Żon i córek czy Północy i Południa brytyjskiej pisarki: raczej Wichrowe Wzgórza albo Jane Eyre, choć oczywiście brak tu ich rozmachu. Bardzo miłe zaskoczenie i wciągająca lektura.

Moje odkrycie


Miałam tych opowiadań nie recenzować, bo zaczęłam je czytać wieki temu, a skończyłam niedawno. Nie chciałam też po raz kolejny pisać, że to „przejmujące“, że bohaterowie są „tacy prawdziwi“, a portrety „wiarygodne“ i „świetnie przedstawione“. Ale nie mogę o nich nie wspomnieć, bo to najlepsze opowiadania, jakie czytałam od dawna. Wiem, że teraz każdy mdleje na widok kolejnego tomu Munro – ale ja przeczytałam dwa jej zbiory i te podobają mi się bardziej. Zdecydowanie.

Wszyscy idą na dno

Junot Diaz, Topiel
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, seria Biblioteka Interesującej Prozy

Junot Diaz urodził się w Dominikanie (1968) i większość dzieciństwa spędził bez ojca, który wyemigrował do Stanów w poszukiwaniu pracy. Ta sytuacja powraca jak bumerang we wszystkich obrazkach Topieli. Pisarzowi udało się w 1974 dołączyć do ojca, ale jego bohaterowie nie zawsze mają tyle szczęścia.

Meksykańskie rodziny

Carlos Fuentes, Wszystkie szczęśliwe rodziny
Wydawnictwo Świat Książki, seria Mistrzowie prozy

Cenię pisarzy, którzy potrafią tworzyć teksty niejednorodne i zagadkowe. Do tej grupy należy Carlos Fuentes (ur. 1928), jeden z najważniejszych twórców prozy meksykańskiej, wielokrotnie nagradzany autor wielu powieści i esejów.

Alice Munro - odsłona druga i na razie ostatnia

Alice Munro, Drogie życie
Wydawnictwo Literackie

Po pierwszym spotkaniu z Alice Munro (debiutancki tom Taniecszczęśliwych cieni) bardzo byłam ciekawa jej późniejszych utworów: jeśli ktoś tak zaczyna, co ma do powiedzenia po wielu latach pracy literackiej i, po prostu, życia? Jednak ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu najnowszy tom opowiadań kanadyjskiej pisarki okazał się dla mnie rozczarowaniem.

Dzień jak co dzień


Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni
Wydawnictwo Literackie

Lubię czasem sięgnąć po zbiór opowiadań, choć na dłuższą metę ta niepozorna forma bardziej mnie męczy: wymaga większego wysiłku i wchodzenia we wciąż nowe światy. Wydaje mi się też, że znacznie trudniej napisać dobre opowiadanie niż dobrą powieść – zachować równowagę między szczegółowym przedstawieniem tego, co najważniejsze, a szkicem całej reszty tak, by nie wywołać wrażenia dysproporcji, by wszystkie elementy tworzyły zgrabną całość, a z krótkiego tekstu wyłaniał się wyrazisty bohater czy ważny problem.

„Mamusiu, co to znaczy do gazu?“


Bogdan Bartnikowski, Dzieciństwo w pasiakach
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

To nie jest kolejna książka o Oświęcimiu. To znaczy jest – ale zupełnie inna. Od pierwszej do ostatniej strony bowiem bohaterami krótkich scenek z obozowego życia są dzieci: kilku- lub kilkunastoletnie dzieci oddzielone od rodziców i pozostawione samym sobie. Zupełnie nie tak, jak w filmie Życie jest piękne, gdzie ciężko, strasznie, nieludzko – ale jednak ojciec mógł się opiekować synkiem i jakoś go przez to piekło przeprowadzić. Nie. Tutaj, jeśli sześciolatek sam sobie nie „zorganizuje“ dodatkowego chleba, będzie głodował. Jeśli ośmiolatek sam się nie zatroszczy, by z własnych porcji odłożyć tyle, by starczyło na buty – będzie chodził boso po śniegu. Jeśli dwulatkiem nie zaopiekuje się brat lub jakiś inny chłopiec – po prostu nie przeżyje.

Z jednej strony obóz dzieci wydaje się odrobinę bardziej ludzki, choć wynika to raczej z ujęcia tematu niż z realiów: oczywiście jest głód, ciasnota, zimno, pluskwy, bicie – ale te obrazy nie wysuwają się na pierwszy plan. Pojawiają się dodatkowe garnki zupy, o pracy autor nie opowiada zbyt wiele, a znęcający się nad więźniami blokowi prędzej czy później płacą za nadużywanie władzy. Jest za to coś, czego brakuje w dorosłych relacjach: duże poczucie wspólnoty, więcej współczucia, sympatii. Mali więźniowie mają może mniejszy instynkt przetrwania, ale potrafią za to podzielić się zupą, zaopiekować się – mimo strachu – cudzą siostrzyczką, i nie są to wyjątki. Są solidarni i na podstawie tego wycinka wojennej rzeczywistości ciężko powiedzieć, że „człowiek człowiekowi wilkiem“. Dzieci są jeszcze dobre...

Rodzina, jaka jest, każdy widzi?



Petra Soukupová, Zniknąć
Wydawnictwo Afera

Petra Soukupová (ur. 1982) jest niewiele ode mnie starszą czeską pisarką, a także scenarzystką i dramaturgiem. Zniknąć zostało trzy lata temu Książką Roku, inne jej tytuły także zostały docenione przez krytykę: mówi się, że Soukupová wypełniła lukę w czeskiej prozie młodego pokolenia. Zniknąć to trzy opowiadania: Zniknął, Na krótko i Wianuszek. Trzy obrazy trzech różnych rodzin, wydawałoby się – dość zwyczajnych, choć każdej z nich czegoś brakuje.

Bohaterami wszystkich trzech historii są dzieci, co więcej – zawsze jest to rodzeństwo: w pierwszym opowiadaniu dwóch braci, w drugim brat i siostra, w trzecim – dwie siostry. I każda z tych opowieści jest zupełnie inna, inaczej ujęta, inaczej się kończy. To właśnie relacje między dziećmi wysuwają się na plan pierwszy, gdy spojrzymy na książkę jako całość – choć w pojedynczych tekstach równie ważne okazują się kontakty z rodzicami.

Jaka siła nami rządzi?


Stefan Zwieg, 24 godziny z życia kobiety
Wydawnictwo Książka i Wiedza

Austriacki pisarz po raz kolejny zrobił na mnie ogromne wrażenie; śmiem twierdzić, że większe nawet niż swoją powieścią Dziewczyna z poczty. Nie miałam pojęcia, że ta niepozorna książeczka od dawna stała u mnie na półce, i gdyby nie przypadek, pewnie jeszcze długo kurzyłaby się zapomniana – a tu taka niespodzianka!

Towarzystwo przebywające w skromnym pensjonacie na Riwierze plotkuje na temat najnowszego skandalu: oto żona i matka dwojga dzieci, trzydziestoletnia kobieta o nieskalanej opinii, uciekła właśnie z budzącym powszechną sympatię Francuzem, którego znała zaledwie kilka godzin. Jak to w ogóle możliwe, by dać się tak szybko omamić, porzucić wszystko bez zastanowienia, przekreślić całe swoje dotychczasowe życie? Broni jej jedynie narrator, przekonany, że nieuznawanie prawdy tak oczywistej jak ta, że są chwile w życiu kobiety, kiedy zdana jest na pastwę tajemniczych sił niezależnie od swej woli i świadomości, nie jest niczym innym, jak ukrywaniem lęku przed własnymi instynktami, przed siłami demonicznymi drzemiącymi w naszej naturze. W tym momencie nabrałam do lektury dystansu: wolę jednak myśleć – choć to z pewnością mniej wygodne – że (my, kobiety ;)) jesteśmy istotami rozumnymi, a nasze wybory zależą od naszej woli. Kontrowersyjna postawa narratora i jego gotowość do stanięcia po stronie uciekinierki zjednały mu sympatię i zaufanie Mrs. C., która jest faktyczną bohaterką tej noweli: to ona opowiada o dwudziestu czterech godzinach, które wydarzyły się ćwierć wieku wcześniej, a do tej pory nie dały o sobie zapomnieć; godzinach, w których niemłoda już kobieta – czterdziestodwuletnia wdowa – zachowywała się absolutnie nieracjonalnie, żeby nie powiedzieć: idiotycznie, a jednak nie potrafiła postąpić inaczej.

Inne oblicze Afryki


Wojciech Albiński, Kalahari
Wydawnictwo W.A.B., seria Archipelagi

Wojciech Albiński (ur. 1935) z wykształcenia jest geodetą, jednak od paru lat z powodzeniem para się pisarstwem (zaczął pisać bardzo późno). Kalahari to jego pierwszy zbiór opowiadań, wydany w 2003 roku – okładka po lewej to jego tegoroczne wznowienie. Za tę książkę Albiński został uhonorowany Nagrodą Literacką im. Józefa Mackiewicza. Inne tomy opowiadań to między innymi Królestwo potrzebuje kata, Achtung! Banditen! czy również wydane w tym roku Soweto – my love. Przez wiele lat mieszkał w Botswanie, by ostatecznie osiedlić się w RPA.

Bardzo ciężko czytało mi się tę książkę, choć częściową winą obarczam nieopuszczające mnie ostatnio przymulenie. Kalahari to nie jest zbiór łatwych tekstów, są one pod każdym względem inne niż niedawno czytana przeze mnie afrykańska powieść Kamienie przodków. Tu nie ma zapachów, smaków, barw, rzeczywistość nie jest tak magiczna i urzekająca – tu raczej spotykamy się z twardą rzeczywistością, ubitą ziemią, gorącym powietrzem i nieprzyjaźnie nastawionymi ludźmi. Ze względu na brak tej charakterystycznej atmosfery (atmosfera jest, ale inna niż znana mi z poprzednich lektur) byłam skłonna uznać, że większość opowiadań można by osadzić w innym miejscu i nic by na tym nie straciły. To pierwsze, czarujące oblicze Afryki bardziej mi się podobało – trudno się jednak dziwić, a jednocześnie trudno przymykać oczy na to co najmniej równie prawdziwe, trudniejsze.

Na granicy światów


Edgar Allan Poe, Wybór opowiadań
Wydawnictwo Świat Książki

Stali czytelnicy mojego bloga z pewnością wiedzą, że horrory, opowieści o trupach i zagadki "kto zabił" to nie do końca mój ulubiony gatunek :) Są jednak tacy autorzy i takie książki, po które moim zdaniem warto sięgnąć niezależnie od czytelniczych upodobań – i do takich należy według mnie twórczość Edgara Allana Poe'a. Po raz pierwszy czytałam niektóre opowiadania na studiach i pamiętam, że bardzo mi się wtedy spodobały.

Edgar Allan Poe (1809-1849) jest jednym z najbardziej znanych przedstawicieli romantyzmu amerykańskiego. Miał niemały wpływ na rozwój współczesnego opowiadania jako autonomicznego gatunku literackiego, jako pierwszy napisał nowelę detektywistyczną i stworzył postać detektywa Dupina, którego następcę można upatrywać w Sherlocku Holmesie. Kojarzy się go przede wszystkim z opowiadaniami grozy, podczas gdy pisarza interesowała szeroko pojęta tematyka życia i śmierci oraz tego wszystkiego, co mieści się między nimi, możliwość poznania, tajniki ludzkiej duszy i niezbadane siły rządzące naszym postępowaniem, jak choćby skłonność do autodestrukcji – tematyka jest więc różnorodna, a nade wszystko uniwersalna i ponadczasowa.

Odzyskać życie


Sylvain Clément, Matka. Opowieść o cudzie
Wydawnictwo Promic

Sylvain Clément jest profesorem filozofii, mężem i ojcem trojga dzieci. Matka. Opowieść o cudzie to jego literacki debiut. Trzeba dodać, że debiut bardzo udany. To w zasadzie opowiadanie, może nawet przypowieść: zaledwie dziewięćdziesiąt niewielkich stron zadrukowanych sporą czcionką. Historia mogłaby się wydarzyć wszędzie – na tylej okładce czytamy: Nazywa się Paul i mieszka gdzieś na zapadłej wsi. Równie dobrze może to być małem iasteczko albo metropolia. Nieważne. Jest przełom XIX i XX wieku, ale gdyby nie dwie daty pojawiające się w tekście, mogłoby to być równie dobrze dzisiaj. Bohaterów jest tylko kilku, w tym dwóch noszących konkretne imiona – wszystko to czyni z tej opowieści historię bardzo uniwersalną.

Paul mieszka z ciężko chorą matką i opiekuje się nią, rankami pracując jako dekarz, a resztę dnia spędzając na pracach domowych i pielęgniarskich. Zostali sami, bo starszy brat dawno temu wyjechał z wioski w poszukiwaniu lepszego życia, wbrew woli rodziców, zostawiając ich samym sobie. Początkowo nie chcą go znać, z czasem jednak – gdy dostrzegają, jakim szacunkiem wśród sąsiadów cieszy się Antoine – idealizują go, pogrążając młodszego syna, bo jak wygrać z wyobrażeniem? Paula nikt nie pytał, co by chciał robić, wszystkie jego możliwości zostały przekreślone, gdy brat opuścił rodzinę: a kiedyś miał marzenia, zainteresowania, cieszył sie życiem. Teraz obydwoje żyją bardzo biednie, ale przede wszystkim nieszczęśliwie. Matka żywi do syna nieprawdopodobną nienawiść, obwinia go o wszystko, nieustannie rani: słowami, gestami, swoją pogardą i niechęcią. Paul w końcu nie wytrzymuje: stara się jak może, a każdego dnia zbiera nowe razy od tej, która powinna go bezwarunkowo kochać. Wściekły, zrozpaczony, obolały – ucieka przed siebie, byle dalej, byle się uwolnić.

Pokolenia PRL-u

Janusz Głowacki, Sonia, która za dużo chciała
Wydawnictwo Świat Książki


Janusz Głowacki (ur. 1938) jest prozaikiem, pisze scenariusze ("Rejs"), dramaty, felietony. Od 1983 roku na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych. Do tej pory znałam go jedynie jako autora świetnego dramatu Antygona w Nowym Jorku. Sonia, która za dużo chciała to zbiór złożony głównie z publikowanych wcześniej utworów, jednak nie miało to dla mnie znaczenia, gdyż nie czytałam wcześniej jego opowiadań; pomyślałam sobie, że autorski wybór tekstów różnorodnych: długich i krótkich, wczesnych, późniejszych i całkiem świeżych, polskich i nowojorskich, stanowi dobry materiał do zapoznania się z pisarzem.

W zbiorze znajdziemy siedem opowiadań krótkich (w tym tytułowe, wcześniej niedrukowane) i siedem długich. Tak jak pisałam, są one bardzo różne: niektóre historie opowiadają o życiu emigrantów, w innych tkwimy wraz z bohaterami w dusznej i szarej PRL-owskiej rzeczywistości. Bardziej podobały mi się krótkie, oszczędne w słowach i obrazach, a jednocześnie dosadne i przejmujące teksty: praktycznie wszystkie, choć największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie tytułowe i Wizyta – które chronologicznie dzieli wszystko. Dłuższe opowiadania mnie aż tak nie zachwyciły, choć każde jest inne i też nie sposób wrzucić ich do jednego worka. Podobały mi się Nowy taniec la-ba-da (znów jeden z pierwszych utworów), Ból gardła na dwóch, Coraz trudniej kochać.

Homo sovieticus


Andrei Makine, Muzyka życia
Wydawnictwo Czytelnik

Andrei Makine (ur. 1957) urodził się w Rosji, skąd wyjechał w wieku 30 lat. Mimo tak późnej emigracji uznawany jest za pisarza francuskiego, ma tytuł doktora literatury. Na polski przetłumaczono takie jego powieści, jak autobiograficzny Francuski testament, Kobieta, która czekała, Między ziemią i niebem czy Ludzka miłość.

Muzyka życia jest wszędzie szumnie nazywana powieścią, choć według mnie bliższa jest opowiadaniu – to zaledwie 83 niewielkie strony zadrukowane sporą czcionką. Mimo to autorowi udało się zamknąć w niej historię życia człowieka, a więc niemało treści. Poznajemy więc narratora o filozoficznych zapędach, snującego refleksje na temat kondycji człowieka i społeczeństwa we współczesnej Rosji (współczesnej jemu, więc mam tu na myśli Związek Radziecki). Ma sporo czasu, gdyż czeka na opóźniony o kilka godzin pociąg. Z pogardą patrzy na ludzi dostosowanych do otaczających ich warunków, biernych, potulnych, obojętnych. Obserwując ich, przywołuje określenie Zinowjewa: homo sovieticus (to cała ta ludzka stagnacja aż po najsłabsze westchnienie) i choć zdaje sobie sprawę, że w gruncie rzeczy niczym się od nich nie różni – czyż nie tak samo jak oni godzi się z rzeczywistością? – to jednak chce wierzyć, że zdolność do intelektualnego ujęcia rzeczywistości oddziela go od tłumu i stawia nico wyżej.

Prawdziwym bohaterem tej historii jest natomiast Aleksiej Berg, kochający muzykę niedoszły pianista – jego pierwszy koncert, zaplanowany na 24 maja 1941 roku, nigdy się nie odbył. Niezrealizowane marzenie tkwi w nim jak zadra przez kolejne lata. W tym czasie zmuszony jest się ukrywać, zdobyć nową tożsamość, wtopić w otoczenie, przystosować. Nie ma nawet czasu, by zastanowić się nad sobą. Czy raczej: nie ma warunków. A może odwagi i siły... Bo kim właściwie jest? Prawie-pianistą, nie-Malcewem, etykietką homo sovieticus? Gdzie w tym wszystkim miejsce na własną tożsamość, kiedy wciąż trzeba przybierać kolejne maski, a o sobie zapominać, z siebie rezygnować, by przeżyć? Ale do Berga niczym refren powracają obrazy: „Przed wojną...”. Nie potrafi obojętnie przejść koło muzyki, choć tak bardzo się stara. Nie potrafi zapomnieć.

Podczas lektury miałam mieszane uczucia. Historia stanowi jakby zbiór obrazów, fabuła rozwija się skokowo – takie w każdym razie miałam ogólne wrażenie. Niektóre wydarzenia są opisane bardzo dokładnie, towarzyszy im refleksja i akcja prawie staje w miejscu; ale zaraz potem trzeba nadgonić, bo jak inaczej zmieścić całą opowieść na kilkudziesięciu stronach? Mimo to trzeba oddać autorowi sprawiedliwość, że niczego w tej historii nie brakuje, a wszelkie wątpliwości rozwiały się pod koniec czytania, bo jako całość Muzyka życia jest naprawdę piękna. To książka o człowieku, którego nie da się zamknąć w intelektualnych formułach. O tym, że łatwo i jednocześnie trudno oceniać: łatwo, bo potrafimy to zrobić w mgnieniu oka, trudno, bo prawie zawsze robimy to źle. O bólu zmarnowanego życia i o prawdziwej pasji, która stanowi o tym, kim jesteśmy.

To było moje pierwsze, ale na pewno nie ostatnie spotkanie z prozą Makine'a. Polecam!

Moja ocena: 8/10.

Czeska proza


Bohumil Hrabal, Życie bez smokingu
Wydawnictwo Czuły barbarzyńca

Nie bardzo wiem, o co chodzi z czeskimi filmami. Oglądałam w życiu chyba trzy i wszystkie trzy bardzo mi się podobały – były mądre, ciepłe, klimatyczne i tchnęły jakimś takim naturalnym optymizmem, dobrocią... nie wiem, jak to ująć. Tak więc pod tym względem spotkania z sąsiadami zaliczam jak najbardziej na plus. Z twórczością literacką natomiast miałam na razie niewiele do czynienia i postanowiłam to nadrobić. Wybór dość oczywisty – padło na Hrabala, jedną z ikon czeskiej literatury.

Urodził się w 1914 roku w Brnie na Morawach. Był bardzo problematycznym uczniem, ale po powtórzeniu pierwszej i czwartej klasy udało mu się wreszcie ukończyć gimnazjum, a nawet rozpocząć studia prawnicze (i skończyć je jako doktor!). Czeski był jego zmorą, on sam był zmorą nauczycieli, i dopiero gdy miał 20 lat, nastąpił przełom – Hrabal odkrył dla siebie literaturę i zaczął pochłaniać klasyków. Niedługo potem zabrał się za pisanie.

Inspiracje do swoich opowiadań czerpał z własnego życia (tak było choćby w przypadku słynnych Pociągów pod specjalnym nadzorem czy Zbyt głośnej samotności), więcej nawet – jego życie i twórczość przenikały się nawzajem. Życie bez smokingu to wyraźnie autobiograficzne teksty, choć zachowują literacką formę. Pojawia się w nich stryj Pepin, który mieszkał z Hrabalami, oraz przyjaciel Bohumila, Vladimir; opowiadanie Życie bez smokingu to wspomnienie szkolnych perypetii pisarza; w ostatnim tekście, Dlaczego piszę?, autor dokładnie opisuje swoje literackie przebudzenie, wymienia ważnych dla siebie autorów, wyjawia, czym jest dla niego pisanie i jak kształtował się jego warsztat.

W świecie kobiet


Oksana Zabużko, Siostro, siostro
Wydawnictwo W.A.B., seria Z miotłą

Oksana Zabużko (ur. 1960) jest ukraińską pisarką, poetką i eseistką, a także doktorem filozofii. Jej najsłynniejszy tekst to powieść zatytułowana Badania terenowe nad ukraińskim seksem (1996). Zbiór opowiadań Siostro, siostro (2003) został na Ukrainie uznany za książkę roku.

W książce znajdziemy sześć opowiadań oraz krótką autobiografię. Bohaterkami wszystkich tekstów są kobiety: matki, żony, córki, siostry, koleżanki, sąsiadki. Autorka portretuje je w różnym wieku, różnych sytuacjach, różnych rolach i obarcza różnymi problemami. Jest tu historia dwóch sióstr, które całe życie były sobie wrogie; dwóch przyjaciółek ze szkolnej ławy, których relacja jest skomplikowana, fascynująca, bardzo silna, a jednocześnie tymczasowa – co nie znaczy, że nieprawdziwa! Jest opowieść o kobiecie, której życie w telewizyjnej rzeczywistości stopniowo nabierało coraz więcej realizmu, by w końcu pokonać jej prawdziwe "ja".

Najbardziej podobało mi się pierwsze, tytułowe opowiadanie – Siostro, siostro. Bohaterka, Darcia, tęskni za nienarodzoną siostrą – siostrą, którą zawsze chciała mieć, a dla której nie starczyło już miejsca w ciasnej i trudnej ukraińskiej rzeczywistości. Bo objąć, ochronić, zasłonić matka mogła tylko jedno dziecko. Całe opowiadanie jest skierowane do dziewczynki (narrator mówi "ty"). Zdania są bardzo długie: jakby Zabużko kropki zastąpiła przecinkami, co daje ciekawy efekt czegoś w rodzaju gorączkowego szeptu. Bardzo dobrze wpasowuje się taki styl w tę historię, zdradzającą sprawy, o których się nie mówi, opisującej tęsknotę, pragnienie, ból. Opowiadanie jest bardzo krótkie, ale wiele w nim emocji, które autorka świetnie oddała. Trudno mówić o portretach psychologicznych, jednak poznajemy dość, by zrozumieć postępowanie i uczucia  zarówno matki, jak i córki. To bardzo poruszający tekst i zrobił na mnie największe wrażenie.

Macierzyństwo sprzed wieku


Maria Kuncewiczowa, Przymierze z dzieckiem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Marię Kuncewiczową (1895-1989) znamy przede wszystkim jako autorkę Cudzoziemki, chociaż wydała ona bardzo wiele opowiadań, powieści, a także liczne szkice i zapiski (Dyliżans warszawski, Miasto Heroda. Notatki Palestyńskie, Don Kichot i niańki).

Przymierze z dzieckiem to zbiór opowiadań opublikowany w 1927 roku – pierwszy wydany przez autorkę i ośmielę się stwierdzić, że to widać. Bliżej chciałabym się przyjrzeć tylko tytułowemu opowiadaniu, które najbardziej mnie interesowało i to ze względu na nie wybrałam ten właśnie tom.

Bohaterką opowiadania jest Teresa, młoda kobieta niepotrafiąca odnaleźć się jako matka. Nie pragnie dziecka, poród jest dla niej koszmarnymi torturami, a kolejne miesiące wcale tych wspomnień nie zacierają, przeciwnie – Teresa czuje się uwiązana, odebrana sobie samej, zgnębiona. Po pewnym czasie podejmuje próbę powrotu do dawnego życia, dla siebie: szuka męskiego towarzystwa, wychodzi do ludzi. Dopiero gdy synek zaczyna chodzić, mówić, staje się rzeczywiście odrębną istotą, Teresa uczy się go kochać, nawiązuje się między nimi relacja wynikająca z decyzji, a nie przymusu.

Autorka porusza niewątpliwie ważny problem. Jeszcze dziś wiele kobiet czuje się przytłoczonych ogromem stawianych przed nimi oczekiwań, o czym świadczą na przykład takie strony czy takie książki. Wciąż pojawiają się głosy buntu wobec schematu matki-Polki, zawsze zadbanej, z pysznym obiadem na stole, w posprzątanym na błysk mieszkaniu i przeszczęśliwej, że od rana do wieczora zajmuje się trójką dzieci. Nawet dziś kobiety czują, że odmawia się im prawa do bycia zmęczoną macierzyństwem – łatwo więc sobie wyobrazić, jaki skandal wywołał taki tekst sto lat temu! Przez wieki przecież kobiety były postrzegane przez pryzmat swoich dzieci, a ich brak odbierano jako przekleństwo. Tymczasem Kuncewiczowa nie boi się pokazać, że wychowywanie następnego pokolenia nie musi być sensem życia każdej kobiety, a jej wartość nie jest zależna od tego, ilu synów urodzi; że nie istnieje coś takiego jak "instynkt macierzyński", miłość nie bierze się znikąd, a kobieta ma prawo pragnąć własnego szczęścia.