Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

"NASZ CZAS SIĘ KOŃCZY..."


O tej nie potrafię opowiedzieć, ale nie mogę nie powiedzieć.

Opowiadają dzieci, które nigdy nie były dziećmi: urodzone tuż przed II wojną światową albo w jej trakcie. Dzieci, które zamiast kolorowych patyczków w szkolnej ławie uczyły się liczyć na spadających bombach. Które zamiast biegać po parku, poznały wszystkie smaki rosnącej w nim trawy, bo to jedyne, czym mogły oszukać puste żołądki. Które nigdy nie przestały czekać na tatę wracającego z wojny...

"O wysiłku wydłubywania Boga z przebrzmiałych słów"


Napisałam wstęp i skasowałam. Tym razem pójdę na łatwiznę i oddam głos autorce: Zaczęłam pisać powieść, czy jak to się tam nazywa, o człowieku w tamtych okolicznościach, z tymi samymi problemami – dziś. Który całym swoim życiem ciągnie za sobą pełną furę zagadnień nierozwiązanych, przemilczanych i bardzo niewygodnych dla wszystkich. O wartościach życia, które zamieniły się w błoto pod nogami, o wolności mało komu potrzebnej, o Bogu, którego im dalej w życie, tym bardziej nie ma, o wysiłku wydłubywania Boga z przebrzmiałych słów.

„Mamusiu, co to znaczy do gazu?“


Bogdan Bartnikowski, Dzieciństwo w pasiakach
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

To nie jest kolejna książka o Oświęcimiu. To znaczy jest – ale zupełnie inna. Od pierwszej do ostatniej strony bowiem bohaterami krótkich scenek z obozowego życia są dzieci: kilku- lub kilkunastoletnie dzieci oddzielone od rodziców i pozostawione samym sobie. Zupełnie nie tak, jak w filmie Życie jest piękne, gdzie ciężko, strasznie, nieludzko – ale jednak ojciec mógł się opiekować synkiem i jakoś go przez to piekło przeprowadzić. Nie. Tutaj, jeśli sześciolatek sam sobie nie „zorganizuje“ dodatkowego chleba, będzie głodował. Jeśli ośmiolatek sam się nie zatroszczy, by z własnych porcji odłożyć tyle, by starczyło na buty – będzie chodził boso po śniegu. Jeśli dwulatkiem nie zaopiekuje się brat lub jakiś inny chłopiec – po prostu nie przeżyje.

Z jednej strony obóz dzieci wydaje się odrobinę bardziej ludzki, choć wynika to raczej z ujęcia tematu niż z realiów: oczywiście jest głód, ciasnota, zimno, pluskwy, bicie – ale te obrazy nie wysuwają się na pierwszy plan. Pojawiają się dodatkowe garnki zupy, o pracy autor nie opowiada zbyt wiele, a znęcający się nad więźniami blokowi prędzej czy później płacą za nadużywanie władzy. Jest za to coś, czego brakuje w dorosłych relacjach: duże poczucie wspólnoty, więcej współczucia, sympatii. Mali więźniowie mają może mniejszy instynkt przetrwania, ale potrafią za to podzielić się zupą, zaopiekować się – mimo strachu – cudzą siostrzyczką, i nie są to wyjątki. Są solidarni i na podstawie tego wycinka wojennej rzeczywistości ciężko powiedzieć, że „człowiek człowiekowi wilkiem“. Dzieci są jeszcze dobre...

Wspomnienia z piekła


Jefrosinia Kiersnowska, Ile wart jest człowiek
Wydawnictwo Świat Książki

Takich relacji nigdy dość, choć do kanonu weszły raczej teksty napisane przez mężczyzn: Inny świat, Na nieludzkiej ziemi, Archipelag GUŁag, literatura wojenna. Koleżanka z mojego seminarium pisała pracę magisterską o wojnie i obozach z perspektywy kobiet i to był pierwszy moment, kiedy się spotkałam z innymi nazwiskami: Szmaglewską, Obertyńską. A teraz przyszedł czas na Rosjankę, która padła ofiarą systemu i zmagała się z nim przez dwadzieścia lat, tak samo – a może jeszcze bardzie rozpaczliwie – jak Polacy, Litwini, Ukraińcy i wszyscy inni.

Jefrosinia – Frosia – miała około trzydziestu lat, gdy jako obszarniczkę pozbawili ją wszystkiego. Wcześniej prowadziła duże gospodarstwo, była w tym dobra, oszczędna i staranna, szanowała robotników, zwierzęta i plony, a pracę kochała jak mało kto – i pewnie to ją później w dużej mierze uratowało. Szczerze i naprawdę – powtarza to wiele razy w swoich wspomnieniach – chciała pomagać, być pożyteczna, po prostu robić to, co potrafi (albo nauczyć się czegoś nowego), i robić to najlepiej, jak umiała. Inteligentna i wykształcona, oczytana, „niestety“ nie potrafiła nie myśleć; jako dobra gospodyni nie potrafiła też pojąć, dlaczego stosy zebranej kukurydzy gniją, gdy ludzie głodują, czemu pali się jako nieużytki drewno, które można wykorzystać na wiele sposobów, dlaczego na każdym kroku spotyka się z niegospodarnością, marnotrawstwem, głupotą.

Życie w obrazach



Maciej Sadowski, Janusz Korczak. Fotobiografia
Wydawnictwo Iskry

Janusza Korczaka nikomu przedstawiać nie trzeba: wybitny pedagog, lekarz, autor Króla Maciusia Pierwszego i wielu innych książek, których bohaterami są dzieci, a także publikacji z zakresu psychologii i pedagogiki (Jak kochać dziecko, Prawo dziecka do szacunku); dyrektor Domu Sierot i współzałożyciel Towarzystwa "Nasz Dom". Warto lepiej poznać tego człowieka, prześledzić jego życie, zatrzymać się na chwilę nad jego myślą i duchowym testamentem. Z taką propozycją wychodzi do nas wydawnictwo Iskry, wydając Fotobiografię w opracowaniu Macieja Sadowskiego. Pierwsze jej zdania brzmią: 
Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga w młodości.

Niewiele można o tej biografii napisać, bo to książka do oglądania. Starannie wybrane i pięknie skomponowane w całość fotografie, przedruki, reprodukcje opowiadają o życiu wybitnego pedagoga, lekarza i pisarza, przenoszą w początek ubiegłego wieku, pozwalają śledzić zmiany w samym Korczaku, jak i w otaczającej go rzeczywistości. Całość została podzielona na kolejne etapy jego życia: lata 1878-1904, 1905-1918, 1919-1931, 1932-1939 i 1939-1942. Zdjęcia uzupełnione są cytatami: przede wszystkim z Pamiętnika i innych dzieł Korczaka, przybliżającymi jego myśl, ukazującymi troskę o małych ludzi, przed którymi jesteśmy odpowiedzialni, a także z listów, wypowiedzi innych, nawet haseł ówczesnych encyklopedii, które już za życia uczonego nazywały go wybitnym pedagogiem i głębokim znawcą psychologii dziecka, a jako autora powieści o dzieciach – jednym z najwybitniejszych pisarzy literatury europejskiej. Na końcu umieszczono szczegółowe kalendarium życia Korczaka i jego kalendarium portretowe: zdjęcia z kolejnych lat.

Nie czas na marzenia


Iwona Menzel, Czas tarantul
Wydawnictwo MG

Zwykle z bardzo dużą rezerwą podchodzę do powieści współczesnych polskich autorek. Tym razem także miałam pewne obawy, ale z drugiej strony książka mnie ciekawiła. Iwona Menzel, z wykształcenia architekt, urodziła się i wychowała w Warszawie, a po ślubie wyjechała do Niemiec. Napisała już kilka powieści: W poszukiwaniu zapachu snów, Zatańczyć czeczotkę, Z widokiem na Castello, Nie chodź ciemną doliną.

Bohaterką Czasu tarantul jest Vera, młoda Niemka. Na początku powieści ma osiemnaście lat i wielkie nadzieje: przeniosła się właśnie z rodzinnej wsi do wielkiego, nowoczesnego, oszałamiającego Berlina, gdzie pragnie rozwijać swój muzyczny talent, zrobić karierę, znaleźć miłość, czerpać z życia pełnymi garściami. I może nawet jej marzenia miałyby szansę się spełnić, gdyby nie fakt, że to lata 30. XX wieku. Jeszcze niewiele się dzieje, ale już na scenę wkracza Hitler: śmieszny człowiek z idiotycznym wąsikiem i teatralnymi gestami, który nie mówiąc nic odkrywczego, porywa tłumy. Wujek Very, Johannes von Klink, ciotka Toni, służba, znajomi z teatru – wszyscy z rosnącą uwagą obserwują gęstnienie atmosfery i zmiany polityczne. Jeszcze sobie nie uświadamiają, czego są świadkami, jeszcze im się wydaje, że to chwilowa zawierucha i zaraz wszystko wróci do normy: a jednak ich świat powoli rozsypuje się w gruzy.

Autorka nie pokazuje nam biednych, pokrzywdzonych Niemców. Próbuje zrozumieć i przedstawić różnorodne postawy, odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem dziwny człowiek znikąd, będący antytezą głoszonych przez siebie ideałów, z nieprawdopodobną teorią o rasach, przejmuje władzę i porywa za sobą cały naród. Ludzie jak ludzie, reagują bardzo różnie: niektórzy są nieufni, inni zaniepokojeni, jeszcze inni podekscytowani i ślepo zapatrzeni w Wodza. Dla jednych to okazja do wybicia się, dla drugich – ciężki czas, w którym wierność wartościom staje się prawie niemożliwa, a próba ocalenia czegokolwiek jest skazana na niepowodzenie i można co najwyżej wybrać mniejsze zło. Dla Niemców pochodzenia żydowskiego to konieczność opuszczenia ojczyzny, z którą ciężko się pogodzić. Doktor Goldberg, współpracownik von Klincka, tak reaguje na propozycję emigracji: Wyjechać (...). Nie, właściwie nie. To mój kraj. Moja rodzina żyje tu od osiemnastego wieku, uważam się za patriotę. Dlaczego miałbym wyjeżdżać? Tylko dlatego, że chwilowo doszła do władzy garść fanatyków? Nie, proszę pana. Ja wierzę w wielką kulturę niemiecką. Dwa lata złych rządów nie są w stanie jej zniszczyć.

Ocalić przeszłość


Daniel Mendelsohn, Zagubieni. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów
Wydawnictwo Czarne

Daniel Mendelsohn z pochodzenia jest amerykańskim Żydem, z wykształcenia filologiem klasycznym, z zamiłowania historykiem rodziny – bo nie rozumie, jakim cudem można mieć jakąkolwiek teraźniejszość, nie znając wydarzeń z własnej przeszłości. Urodził się w 1960 roku; jego dziadkowie wyemigrowali do Stanów, gdy atmosfera w ich rodzinnym Bolechowie zaczęła gęstnieć, a nad Polską zbierały się czarne chmury. Dzięki podróży za ocean niemal wszyscy uniknęli – czy może lepiej powiedzieć: nie doświadczyli na własnej skórze – koszmaru II wojny. Wyjątkiem był stryj Mendelsohna z rodziną: Szmil, Estera i ich cztery córki. Nie chcieli wyjechać, gdy mogli, a gdy chcieli – było już za późno.

Książka jest próbą zrekonstruowania tego, co stało się z sześciorgiem krewnych. W rodzinie o nich nie mówiono: od czasu do czasu autorowi udało się mimochodem zdobyć jakieś strzępy informacji, ale wszelkie pytania „jak?”, „gdzie?”, „kiedy?” rozbijały się o mur milczenia. Wiadomo było tylko, że zostali Zamordowani przez hitlerowców. Dopiero po latach, gdy umiera ukochany dziadek Daniela – brat zaginionego Szmila – mężczyzna podejmuje żmudny trud poznania prawdy. Przełamuje rodzinne tabu, drąży, szuka, pyta, poświęca kilka lat swego życia, by ocalić los tych sześciorga. Książka jest zapisem tych poszukiwań, w każdym calu prawdziwa, wraz ze zdjęciami i nielicznymi ocalałymi dokumentami.

Takashi Nagai, Listy do dzieci

Mam zgubny zwyczaj wybierania książek po okładkach. Kiedy jakaś mnie w bibliotece przyciąga, zazwyczaj ją wypożyczam. Zwykle się rozczarowuję, a następnym razem robię to samo. Na szczęście starcza mi rozumu, aby w ten sposób zaopatrywać się jedynie w bibliotekach - inaczej prędko bym zbankrutowała, a półki uginałyby się pod ciężarem nietrafionych tytułów.

Tak też było z tą książką - okładka mi się spodobała, opis przeczytałam i przygarnęłam lekturę pod swój dach. Mam co do niej bardzo mieszane uczucia i w zasadzie nie wiem, co myśleć.

Autor nie był pisarzem, a japońskim naukowcem, lekarzem radiologiem, a także - co w tym wypadku ważne - chrześcijaninem. Przeżył zrzucenie bomby atomowej na Nagasaki. W czasie wojny pacjentów przybywało i nie mogło być mowy o zachowaniu odpowiednich środków ostrożności - ograniczonej dawki promieniowania dziennie, corocznego urlopu... Takashi Nagai w pełni, z pasją i zaangażowaniem, poświęca się swojej pracy, i zapada na przewlekłą chorobę popromienną. Ma przed sobą 3 lata życia, gdy na miasto spada bomba i ginie żona naukowca - a z nią nadzieja, że po jego śmierci dzieci nadal będą miały dom. Książka ma być "duchowym testamentem" (określenie z okładki) autora, który pragnie zostawić dzieciom kawałek siebie. Zdaje sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko, co chce im przekazać, są w stanie zrozumieć, dlatego niektóre rzeczy spisuje.