Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

ŻONA POTWORA


Jacques Expert jest dziennikarzem i pewnie z racji zawodu (odpowiada przede wszystkim za kronikę wydarzeń) zainteresował się losem kobiet związanych z najgorszymi przestępcami: mordercami i gwałcicielami. Swoje przemyślenia przekuł w pierwszą powieść: Żonę potwora. Jak myślicie, jak udało się facetowi wcielić w rolę maltretowanej kobiety?

OKRUCHY (1)


Na wielu blogach funkcjonuje taki cykl i chyba dobrze się sprawdza – w każdym razie nieraz brakowało mi krótszej formy wpisów i zdecydowałam się też ją wprowadzić. Tu będą trafiać książki, o których chciałabym wspomnieć, ale o których nie mam do powiedzenia aż tyle, by tworzyć wyczerpującą recenzję. Mieszanina gatunków, autorów, tematyki. Starocie i nowości, grube i cienkie, pod jakimś względem ciekawe. Co cię uzbiera. Po trzy tytuły. 

Zawrót głowy


Takie recenzje lubię pisać najbardziej! Książka niepozorna, malutka, skromna (bohaterów, łącznie z drugoplanowymi, można zliczyć na palcach jednej ręki), stareńka (1954), taki odpad biblioteczny zabrany kiedyś nie wiadomo dlaczego, bo nawet nazwisko autora (a raczej nazwiska, bo Boileau-Narcejac to wspólny pseudonim dwóch francuskich pisarzy) nigdy mi się nie obiło o uszy, zresztą jeśli chodzi o literaturę francuską, to akurat wielką fanką nie jestem. A tu takie zaskoczenie, taka rewelacyjna powieść!

"Każda historia to brudnopis następnej"


Powieść Lévy przeleżała kilka tygodni na kanapie w oczekiwaniu na zrecenzowanie. Przeczytałam błyskawicznie, a do pisania nie mogłam się zabrać. Na szczęście to książka z biblioteki, terminy gonią, więc albo teraz, albo wcale, a naprawdę chciałam skrobnąć o niej choć kilka słów, zwłaszcza że jakiś czas temu czytałam inną powieść autorki, Złą córkę, i tamta również mi się podobała. Nie mogłam więc znów nie wspomnieć o francuskiej pisarce.

Uważaj, jak żartujesz


Chcecie wiedzieć, jak to się dzieje, kiedy najmniejszy drobiazg bezpowrotnie zakłóca równowagę psychiczną? Poczuć, jak absurdalna myśl staje się śmiertelnie rzeczywista? Przeczytajcie Wąsy.

Meksykański sen


Do niewielu noblistów wracam z takim uporem, jak do Le Clezio. Chyba tylko Sienkiewicza przeczytałam więcej (filologia polska). Pierwsze moje spotkanie z francuskim pisarzem to był zachwyt. Drugie – umiarkowane rozczarowanie (na blogu nie ma, bo niespecjalnie chciało mi się pisać). Ale wciąż mnie coś do niego przyciąga.

W innym czasie, w innym miejscu


Przejmująca metafora życia w wielkim tłumie – czytamy na okładce. Nie wiem, czemu akurat metafora; dla mnie to zupełnie konkretny obraz. Ale metafora na pewno brzmi mądrzej. Przejmująca... przejmująca dopiero jako całość, ale lepiej późno niż wcale. A jednak warta uwagi.

Wszystkie kobiety czekają


Z Kobiety, która czekała zrobiła się „recenzja, która czekała“ – bo już ze dwa tygodnie zbieram się do napisania. Albo dłużej. Ale w końcu jest.

A Ty na co czekasz?

Davide Cali, Serge Bloch, A ja czekam...
Wydawnictwo Hokus-Pokus

Całkiem przypadkiem trafiłam na zupełnie wyjątkową książkę. Książkę do przeglądania, bo nie za bardzo jest co czytać. Książkę bardzo pomysłową. Do refleksji.

„Ślub to taki spektakl“


Blandine Le Callet, Tort weselny
Wydawnictwo Sonia Draga

Wydawało mi się, że nieczęsto sięgam po literaturę francuską, ale w takich przypadkach blog świetnie się sprawdza – statystyka pokazuje, że się myliłam :) Tort weselny to debiut literacki Blandine Le Callet (ur. 1969), która od dziesiątego roku życia marzyła, aby zostać pisarką. Zwykle takie deklaracje nie wróżą niczego dobrego, tym razem jednak książka bardzo mile mnie zaskoczyła.

Dwa końce świata


Jean-Louis Fournier, Tato, gdzie jedziemy?
Wydawnictwo Książnica

Kiedy myślę o dzieciach niepełnosprawnych, wyobrażam sobie maluchy z zespołem Downa albo z autyzmem. Trudne, ale da się żyć, prawda? Szczerze mówiąc nigdy nie należałam do tych, którym sen z powiek spędza niepokój o zdrowie psychiczne dzieci – ani w poprzedniej ciąży, ani teraz się nad tym nie zastanawiam, nie przeraża mnie też specjalnie myśl o takim zagrożeniu. Ale niepełnosprawność to nie tylko zespół Downa. A co, jeśli dziecko jest jak Mathieu, który był głuchy, nie widział dobrze, miał kruche kości, zniekształcone stopy, szybko wyrósł mu garb, włosy sterczały na wszystkie strony, nie był ładny, a przede wszystkim był smutny? Ze względu na brak napięcia mięśniowego nie był w stanie się utrzymać w pozycji wyprostowanej, nigdy też nie nauczył się mówić ani wykonywać najprostszych codziennych czynności, a do końca życia pod choinkę dostawał klocki i prawie nigdy się nie uśmiechał?

Jean-Louis Fournier jest ojcem dwóch synów „nie takich jak inni“, jak sam o nich mówi. Urodzili się w odstępie dwóch lat i obaj byli głęboko upośledzeni psychicznie i fizycznie. Fournier pisze: Nawet telewizja pragnąca, by jej bohater wzruszał publikę do łez, nie odważyłaby się wstawić takiej sytuacji do scenariusza telenoweli w obawie, że przesadzi, nikt w to nie uwierzy i ostatecznie gruchnie tylko śmiech. Mathieu umarł jeszcze jako nastolatek po koniecznej operacji kręgosłupa. Z Thomasem nie ma prawie żadnego kontaktu. Jak sobie radzić w takiej sytuacji? Jak wstawać codziennie rano ze świadomością, że piętnasto-, dwudziesto-, wreszcie trzydziestoletni syn nadal nie potrafi sam zjeść, a jeśli dzięki czyjejś cierpliwości uda mu się opanować sztukę zapinania zamka, jutro po tym zwycięstwie nie będzie śladu – trzeba będzie wszystkie umiejętności zdobywać od nowa? Patrzę na synka, który codziennie uczy się czegoś nowego, i nie wyobrażam sobie, jak wypracowane z takim mozołem zdolności miałyby się każdego wieczora rozsypywać w pył. Zaklęci w czasie. Przecież nawet gdy wiemy, że nocne pobudki, walka o ubranie, karmienie, niekończące się dyskusje to wszystko etap przejściowy i niedługo minie, bywa ciężko. Z utęsknieniem czekałam, kiedy będę mogła sięgnąć po książeczkę ambitniejszą niż „brum brum“ na każdej stronie, kiedy nie będę musiała powtarzać jak echo przez cały dzień dwóch tych samych słów, które synek sobie upodobał. A kiedy nie ma takiej nadziei?

"Puste kieszenie, pusty żołądek, puste serce"


Agustin Gomez-Arcos, Anna Nie
Wydawnictwo Czytelnik

Zapisałam sobie ten tytuł przy okazji przeglądania "30 dni z książkami" na różnych blogach – wymieniła go bodajże Agnes. Przypadek sprawił, że w krótkim czasie przeczytałam dwie książki osadzone w Hiszpanii w podobnych realiach, obie smutne, obie pod pewnymi względami spokrewnione: ich styl budził na początku mój sprzeciw, Kościół w obydwu powieściach został przedstawiony bardzo negatywnie, no i ogólna atmosfera – też podobna. A jednocześnie te dwie książki są całkiem inne. Przypominała mi też trochę Anna Nie – Annę In w grobowcach świata: formułą tytułu, powtarzającymi się wyrażeniami, trochę mityczną atmosferą. Ta książka była jednak pierwsza, więc jeśli zachodzą tu jakieś zależności, oryginalna jest powieść Anna Nie.

Autor jest Hiszpanem z pochodzenia, ale mieszka w Paryżu i oryginał powieści również powstał po francusku. Gomez-Arcos debiutował w 1975 roku, a rok później, po wydaniu kolejnej powieści, został dostrzeżony przez krytykę jako "godny uwagi twórca młodego pokolenia". Anna Nie jest jego trzecią książką; ugruntowała ona pozycję pisarza w świecie literackim.

Główną bohaterką jest Anna Paücha, przerażająco samotna staruszka, której hiszpańska wojna domowa odebrała ukochanego męża i trzech synów: dwóch starszych zmarło, trzeci zaś został skazany na dożywocie na odległej, mitycznej Północy. Kobieta przez trzydzieści lat żyła dzień po dniu, co roku paląc list od Jezusa, najmłodszego syna, nie mogąc się pogodzić z jego wyrokiem i wciąż czekając na jego powrót. Inna rzeczywistość okazałaby się zbyt okrutna, więc nie uwierzyła w pierwszą wiadomość od syna i postanowiła wyglądać nadchodzącego małego: zawsze gotowa, z wysprzątanym domem, przygotowanym jedzeniem. Gdy jednak lata mijały, a Jezus zwlekał, Anna zamknęła drzwi nadmorskiej chatki i wybrała się w podróż przez kraj: zanieść synowi ulubioną słodką bułkę, którą skrzętnie chowa przez całą drogę, zobaczyć go raz jeszcze i umrzeć. W ten sposób stara (siedemdziesięciopięcioletnia), niepiśmienna, biedna kobieta wyrusza w pieszą wędrówkę na Północ. Nie może ustać, nie może się poddać, musi iść dalej mimo zdartych stóp, przejmującego głodu, osamotnienia. Ma cel.

Oceania oczami noblisty

Jean-Marie Gustave Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Państwowy Instytut Wydawniczy

To moje drugie, a zarazem jakby pierwsze – bo totalnie inne – spotkanie z francuskim noblistą. Poprzednio sięgnęłam po bardzo wczesną (z 1970) powieść eksperymentalną Wojna. Tym razem inna forma, inna tematyka, inny styl: Raga. Le Clézio dużo podróżował i owocem tego są dość liczne książki podróżnicze. Raga na polskim rynku ukazała się w 2009 roku, a powstała trzy lata wcześniej, więc od Wojny upłynęło niemało czasu i wiele się w pisarstwie Le Clézio zmieniło.

W swojej książce autor zabiera nas w podróż na wyspy Oceanii, nazywanej niewidzialnym kontynentem: bo niedocenianym, niedostrzeganym, rozproszonym. Jak można się jednak spodziewać, nie jest to zwykła książka podróżnicza. Jest tu historia, opowieści, mit, obrazy i odczucia, zawsze jakby w migawkach i urywkach: trochę tu, trochę tam, a wszystko na zaledwie stu dwudziestu stronach. Nie znaczy to, że zapiski są pobieżne: przeciwnie, wiele w nich informacji, są one za to skondensowane i bazują na domniemanej wiedzy czytelnika. A jednocześnie wszystko jest jakby ujrzane w mgnieniu oka: i już ledwo dojrzana, muśnięta, Raga się oddala.

Bóg tak chce!


Pierre Barret, Jean-Noel Gurgand, Templariusz z Jeruzalem
Wydawnictwo Literackie

Templariusz z Jeruzalem to pierwszy tom cyklu Turnieje Boże (dwa kolejne to Grosz ubogich oraz I my dojdziemy na koniec świata). Obaj autorzy są dziennikarzami, a Pierre Barret także historykiem, co dało im świetny warsztat do napisania wciągającej powieści historycznej. Do pracy nad książką podeszli z dużym zaangażowaniem, odwiedzając opisywane miejsca, docierając do mało znanych dokumentów, z wielką troską odwzorowując najdrobniejsze szczegóły. Dzięki temu dostajemy solidną dawkę wiedzy historycznej podanej w ciekawy sposób.

Przenosimy się w lata 80. XII wieku. Jerozolimą rządzi trędowaty król Baldwin, którego życie wisi na włosku. Zdobywcy Grobu Świętego dawno zapomnieli, po co tu przybyli; opływają w zbytki, pławią się w rozkoszach, nie sięgają wzrokiem dalej, niż do czubka własnego nosa. Wobec perspektywy śmierci władcy wokół tronu snuje się sieć intryg. Głównym bohaterem jest teoretycznie Wilem d'Encausse, "rycerz idealny": dzielny, silny, honorowy, gotowy umrzeć za wiarę... Młody, wciąż szukający swojego miejsca w życiu, w końcu opuszcza żonę i malutkiego synka, by wziąć udział w walce o utraconą Jerozolimę. Jednak w rzeczywistości bohaterów jest bardzo wielu i Wilem nie wysuwa się na pierwszy plan aż tak wyraźnie. Na szczęście, bo z pewnością nie jest najciekawszą postacią powieści. Znacznie bardziej podobał mi się Saladyn, który został przedstawiony jako mądry, pokorny, dobry władca – w przeciwieństwie do nieudolnych, pysznych i egoistycznych królów europejskich. W ogóle portrety są ciekawe i realistyczne i stanowią duży atut powieści; najsłabiej wypada chyba właśnie Wilem.

Homo sovieticus


Andrei Makine, Muzyka życia
Wydawnictwo Czytelnik

Andrei Makine (ur. 1957) urodził się w Rosji, skąd wyjechał w wieku 30 lat. Mimo tak późnej emigracji uznawany jest za pisarza francuskiego, ma tytuł doktora literatury. Na polski przetłumaczono takie jego powieści, jak autobiograficzny Francuski testament, Kobieta, która czekała, Między ziemią i niebem czy Ludzka miłość.

Muzyka życia jest wszędzie szumnie nazywana powieścią, choć według mnie bliższa jest opowiadaniu – to zaledwie 83 niewielkie strony zadrukowane sporą czcionką. Mimo to autorowi udało się zamknąć w niej historię życia człowieka, a więc niemało treści. Poznajemy więc narratora o filozoficznych zapędach, snującego refleksje na temat kondycji człowieka i społeczeństwa we współczesnej Rosji (współczesnej jemu, więc mam tu na myśli Związek Radziecki). Ma sporo czasu, gdyż czeka na opóźniony o kilka godzin pociąg. Z pogardą patrzy na ludzi dostosowanych do otaczających ich warunków, biernych, potulnych, obojętnych. Obserwując ich, przywołuje określenie Zinowjewa: homo sovieticus (to cała ta ludzka stagnacja aż po najsłabsze westchnienie) i choć zdaje sobie sprawę, że w gruncie rzeczy niczym się od nich nie różni – czyż nie tak samo jak oni godzi się z rzeczywistością? – to jednak chce wierzyć, że zdolność do intelektualnego ujęcia rzeczywistości oddziela go od tłumu i stawia nico wyżej.

Prawdziwym bohaterem tej historii jest natomiast Aleksiej Berg, kochający muzykę niedoszły pianista – jego pierwszy koncert, zaplanowany na 24 maja 1941 roku, nigdy się nie odbył. Niezrealizowane marzenie tkwi w nim jak zadra przez kolejne lata. W tym czasie zmuszony jest się ukrywać, zdobyć nową tożsamość, wtopić w otoczenie, przystosować. Nie ma nawet czasu, by zastanowić się nad sobą. Czy raczej: nie ma warunków. A może odwagi i siły... Bo kim właściwie jest? Prawie-pianistą, nie-Malcewem, etykietką homo sovieticus? Gdzie w tym wszystkim miejsce na własną tożsamość, kiedy wciąż trzeba przybierać kolejne maski, a o sobie zapominać, z siebie rezygnować, by przeżyć? Ale do Berga niczym refren powracają obrazy: „Przed wojną...”. Nie potrafi obojętnie przejść koło muzyki, choć tak bardzo się stara. Nie potrafi zapomnieć.

Podczas lektury miałam mieszane uczucia. Historia stanowi jakby zbiór obrazów, fabuła rozwija się skokowo – takie w każdym razie miałam ogólne wrażenie. Niektóre wydarzenia są opisane bardzo dokładnie, towarzyszy im refleksja i akcja prawie staje w miejscu; ale zaraz potem trzeba nadgonić, bo jak inaczej zmieścić całą opowieść na kilkudziesięciu stronach? Mimo to trzeba oddać autorowi sprawiedliwość, że niczego w tej historii nie brakuje, a wszelkie wątpliwości rozwiały się pod koniec czytania, bo jako całość Muzyka życia jest naprawdę piękna. To książka o człowieku, którego nie da się zamknąć w intelektualnych formułach. O tym, że łatwo i jednocześnie trudno oceniać: łatwo, bo potrafimy to zrobić w mgnieniu oka, trudno, bo prawie zawsze robimy to źle. O bólu zmarnowanego życia i o prawdziwej pasji, która stanowi o tym, kim jesteśmy.

To było moje pierwsze, ale na pewno nie ostatnie spotkanie z prozą Makine'a. Polecam!

Moja ocena: 8/10.

Wielkopostnie


Marie-Dominique Philippe OP, Pragnę. Rozważania o mądrości krzyża
Wydawnictwo W drodze

Ciekawy zbieg okoliczności, że wszystkie recenzowane przeze mnie do tej pory książki stricte religijne były autorstwa duchownych francuskich – a więc pochodzących z kraju wybitnie zlaicyzowanego. Tak jest i tym razem. Marie-Dominique Philippe urodził się w 1912 roku jako ósme z dwanaściorga dzieci, z których siedmioro (!) wybrało życie zakonne. Był doktorem teologii, dominikaninem, autorem wielu książek, wykładowcą i założycielem Wspólnoty Świętego Jana. Zmarł w 2006 roku.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza z nich to dziesięć wykładów zakonnika, w których pochyla się on nad kolejnymi zagadnieniami: samotnością, posłuszeństwem, pragnieniem, milczeniem, obecnością, miłością, radością... Wiele tych tematów i wiele cennych spostrzeżeń; myślę, że każdy może tu znaleźć coś dla siebie w zależności od tego, czego w danej chwili mu potrzeba. Autor bardzo dużo uwagi poświęca Maryi, tej, która współcierpiała: podkreśla, jak głęboko Matka weszła w mękę Syna i jak dosłownie w niej uczestniczyła. Te treści były dla mnie najciekawsze, ponieważ dopiero od niedawna odkrywam dla siebie Maryję; wydaje mi się, że w powszechnej świadomości jest bardzo niedoceniana, a lektura pomogła mi sobie uświadomić, jak szczególne miejsce zajmowała w dziele odkupienia. Ale, jak czytamy: Trzeba być przyciąganym przez Jezusa, aby odkryć Maryję, inaczej jej nie odkryjemy, stanowi Ona zbyt wielką tajemnicę.

W drugiej części znajdziemy dwadzieścia jeden homilii wygłoszonych przez dominikanina na przestrzeni wielu lat. Teksty są króciutkie, mają średnio cztery-pięć stron, więc świetnie się nadają na chwilę refleksji na początek dnia lub przed spaniem. Na końcu znajdziemy bibliografię odsyłającą nas do cytowanych pozycji, przy czym uwzględnia ona publikacje polskojęzyczne, więc można z niej skorzystać (czego nie było na przykład w Uśmiechu Pana Boga, i wtedy się czepiałam).

Zawsze się radujcie! (1 Tes 5, 16)


Benjamin Boisson, Uśmiech Pana Boga
Wydawnictwo Promic, seria Ichtis

Benjamin Boisson, francuski teolog i ksiądz Wspólnoty Błogosławieństw. Przez wiele lat prowadził audycję na temat humoru chrześcijańskiego. Obecnie organizuje weekendy „Śmiech i Modlitwa”.

Książka zapowiadała się bardzo obiecująco. Wiele osób wciąż wyobraża sobie, że religia to zbiór nakazów i zakazów, a wiara i modlitwa kojarzy im się z nudą. Z tym krzywdzącym stereotypem stara się walczyć Benjamin Boisson, uświadamiając ludziom, że Bóg też ma poczucie humoru, a chrześcijanin może – i powinien! – być radosny.

Uśmiech Pana Boga to długi esej omawiający istotę humoru chrześcijańskiego, jego niebagatelne znaczenie w życiu człowieka i historię: od Biblii przez papieży, świętych, literaturę religijną. W swoich rozważaniach autor jednoznacznie wykazuje (i popiera swoje tezy licznymi argumentami), że stereotyp chrześcijanina-smutasa jest zupełnie nieprawdziwy i krzywdzący: prawdziwy chrześcijanin to człowiek, który żyje w zgodzie ze sobą i z otaczającym go światem, a więc jest pełen pogody ducha i potrafi się cieszyć i śmiać, a nawet więcej - radość jest jego znakiem rozpoznawczym. Przytacza liczne przykłady z Pisma Świętego świadczące o tym, że także Bóg jest obdarzony poczuciem humoru. Niektóre z nich wydają się naciągane (pod poczucie humoru Boisson podciąga na przykład wszystkie środki stylistyczne – wiadomo, że metafora odczytywana dosłownie wywoła zwykle komiczny efekt, ale nie o to przecież chodzi...), inne z kolei są bardzo ciekawe i muszę przyznać, że o ile śmiejąca się Sara jest w tym kontekście dość oczywistym przykładem, o tyle na inne przytoczone przez autora wcześniej nie zwróciłam uwagi.

Wojna jako sposób istnienia świata


Jean-Marie Gustave Le Clezio, Wojna

Jean-Marie Gustave Le Clezio, laureat Literackiej Nagrody Nobla 2008, francuski pisarz, autor powieści, opowiadań, esejów filozoficznych. Debiutował w 1963 roku powieścią Protokół, po czym wydał jeszcze ponad 30 książek. Wojna ukazała się po raz pierwszy w 1970 roku, a więc zalicza się do początkowej twórczości autora.

Ciężko pisać o tej książce. To powieść eksperymentalna – i sam ten fakt wystarczy, żeby mogła się komuś zdecydowanie podobać albo zdecydowanie nie. Mnie się podoba, lubię od czasu do czasu takie teoretycznoliterackie zabawy, choć czasem nie nadążam za autorem.

Bohaterką powieści jest Bea B., młoda dziewczyna żyjąca w ciągłym strachu, próbująca się odnaleźć w zmechanizowanym, metalicznym, nowoczesnym świecie. Patrzy na niego z zupełnie nowej perspektywy: piękne wydają się jej skrzyżowania, samochody, puszka konserw. Czy to znaczy, że nie ma już nic bardziej godnego podziwiania? Czy może to my źle patrzymy na to, co nas otacza? Jest tyle rzeczy, które trzeba nauczyć się widzieć. Nikt się niczym nie zachwyca. Ludzie żyją wśród cudów i nie zwracają na nie uwagi. Jest tyle niezwykłych i pięknych przemiotów, chromowanych, z przewodami, silnikami i reflektorami! Są nożyczki, długopisy, zegarki, kałamarze, lusterka samochodowe, butelki lemoniady, widelce, papierosy, szyby, suszarki do włosów, wagi, swetry, windy, rowery, monety, maszyny do pisania, tranzystory.
Świat otaczający bohaterkę w jednym momencie wydaje się zimny, obcy, brutalny – nawet drzewa są zarażone nienawiścią – by za chwilę magnetyzować. Przyciąga i wchłania czytelnika.

Le Clezio przedstawia wojnę totalną w dosłownym tego słowa znaczeniu: jest wewnątrz i na zewnątrz, na wszystkich płaszczyznach. Konflikt rozgrywa się po pierwsze i przede wszystkim w świadomości głównej bohaterki. To ona nasłuchując szumu radia zastanawia się, co naprawdę znaczą przesyłane komunikaty. To ona – i tylko ona – ucieka, niepokoi się i ukrywa. W tym wymiarze wojna to myśl, a jednocześnie wojna to destrukcja myśli.