Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty

PODRÓŻ W STYLU RETRO


Dzisiaj prawie wszyscy podróżują. Jak nie z plecakiem w nieznane czy pociągiem przez Azję, to chociaż z hotelu do hotelu. Świat jest mały i wciąż się zmniejsza, wycieczki na inne kontynenty nie są już niczym niezwykłym i leżą w granicach możliwości zwykłych śmiertelników. Przybywa też (albo więcej się o nich słyszy) amatorów spontanicznych wypraw: rowerem, autostopem, przed siebie. Ale w latach dwudziestych XX wieku wyprawa bez planu i pieniędzy miała chyba w sobie więcej z przygody... i o takiej właśnie podróży opowiada Perkitny w swojej książce.

"Wszyscy jesteśmy przeszczepami"

Rebecca Otowa, W Japonii czyli w domu
Wydawnictwo Świat Książki

Dawno temu pisałam o książce, w której Niemiec opowiadał o Rosji. Dzisiaj – Amerykanka o Japonii. Przez chwilę myślałam, że to kolejna opowieść w stylu „młoda Amerykanka rzuca wszystko i zaczyna nowe życie w obcym miejscu“. Tymczasem – i tak, i nie. Bo scenariusz rzeczywiście jest właśnie taki, jednak książka w niczym nie przypomina Pod słońcem Toskanii (wybaczcie, nie znam innych tytułów, nie przepadam za powieściami pisanymi według jednego schematu). To subtelnie opowiedziana, piękna historia mądrej, dojrzałej kobiety.

"Obym nigdy tego nie zapomniał"


Robert Maciąg, Rowerem w stronę Indii. Wśród dobrych ludzi
Wydawnictwo Bernardinum, Biblioteka Poznaj Świat

Robert Maciąg (ur. 1974) jest oczywiście Polakiem, ale obecnie mieszka w Londynie. Z zawodu jest pedagogiem specjalnym, z zamiłowania – podróżnikiem i fotografem. Pierwsza jego książka była tematycznie bardzo podobna: to Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę. Rowerem w stronę Indii jest podobno znacznie lepsza (tak zapewnia nas na okładce Wojciech Cejrowski). Literaturę podróżniczą uwielbiam, serię Biblioteka Poznaj Świat również, a pomysł na gigantyczną wycieczkę rowerową wydał mi się fascynujący: byłam ciekawa, jak wygląda świat z perspektywy siodełka rowerowego.

Autor wyruszył na wyprawę ze swoją drugą połową, Anią (ukłony w jej stronę, nie wyobrażam sobie takiej podróży!). Razem przejechali Turcję, Iran, Pakistan i Indie, by dotrzeć do Himalajów. Każdy kraj to osobny rozdział książki, inne obrazy, inne szczegóły, inni ludzie. Przede wszystkim ludzie, na co zresztą wskazuje podtytuł książki. Podróż była z założenia niskobudżetowa, Robert i Ania wielogwiazdkowe hotele omijali szerokim łukiem, kiedy tylko mogli, najczęściej spali na kempingach lub u niezwykle gościnnych miejscowych, którzy zawsze musieli zaprosić, poczęstować, pomóc, obdarować, wesprzeć. Maciąg wielokrotnie podkreślał, jak ratowali ich z opresji zupełnie nieznani mu ludzie, jak wystarczyło poprosić o pomoc, by natychmiast ją otrzymać, jakim szacunkiem ich darzyli oraz jak hojni i otwarci byli mieszkańcy krajów uważanych za niegościnne czy nawet wrogo nastawione. Stereotyp rozprysł się na drobne kawałki w zderzeniu z barwną, ciepłą, pełną uśmiechów rzeczywistością.

"U nas zawsze było ciężko i zimno"


Colin Thubron, Utracone serce Azji
Wydawnictwo Czarne, seria Orient Express

Colin Thubron (ur. 1939) jest jednym z najbardziej znanych i cenionych brytyjskich pisarzy podróżników, a także przewodniczącym Królewskiego Towarzystwa Literackiego. Na podstawie swoich wypraw na Bliski Wschód, do Azji Środkowej i Wschodniej oraz do Rosji napisał kilkanaście książek – można więc z powodzeniem założyć, że jest ekspertem w tych tematach. Wydał także kilka powieści. W 2008 roku zajął 45. miejsce na liście pięćdziesięciu największych powojennych pisarzy brytyjskich (lista została stworzona przez "The Times").

Bliski Wschód przez całe wieki fascynował, przyciągał, inspirował Europejczyków. Utracone serce Azji to zapis z podróży do Azji środkowej tuż po rozpadzie ZSRR. Autor przemierza stepy i pustynie, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan: czasem porusza się samolotem, czasem samochodem, czasem rozklekotanym autobusem. Dociera do najważniejszych zabytków, zwiedza wielkie miasta i maleńkie wioski gdzieś na końcu świata. Rozmawia z ludźmi, przygląda się, bawi, słucha. Chce się dowiedzieć, jak czują się Kazachowie, Turkmeni, Uzbecy po odzyskaniu niepodległości: jak żyją, jak zmienił się ich świat? Stara się dotrzeć do głębi i odnaleźć tytułowe serce Azji: nie tylko w kontekście położenia na mapie, ale przede wszystkim jej kulturowego dziedzictwa, tego, co od zawsze budowało świadomość jej mieszkańców.

Obraz jest więcej niż przygnębiający, na co wpływ mają choćby wioski o starych, rozpaczliwych nazwach: "Droga bez wyjścia" albo "Miejsce przeklęte przez Boga". Choć Thubron próbuje poruszać z miejscowymi różne kwestie, zawsze kończy się na jednej: pieniądzach. Szalejąca inflacja zepchnęła Azjatów w przepaść biedy i głodu i sprawiła, że nie potrafią myśleć o niczym innym. Ciągłe pytania "A ile w Anglii kosztuje..." albo porównania, ile coś kosztowało dawniej i ile kosztuje teraz, z czasem zaczęły autora męczyć: pojawiały się niezmiennie, niezależnie od tego, z kim rozmawiał i gdzie. Trudno się jednak dziwić, skoro bilet lotniczy do Anglii kosztował więcej, niż byli w stanie zarobić przez pół życia. Na niektórych terenach uprawa ziemi graniczy z cudem, bo tu nawet deszcz pada słony. Jedzenie jest drogie, ubrania są luksusem. Łatwo dać się zwieść pozorom: Tutejsza gościnność czasem zaślepia podróżnych. Uspokojony wymianą tradycyjnych uprzejmości, zapomniałem o nędzy i okrucieństwie życia moich gospodarzy, myśląc sobie, jacy to dobrzy i szczęśliwi ludzie. W tym opuszczonym gospodarstwie unosił się jednak duch łagodnej jedności. Tymczasem przygotowanie posiłku dla gościa kosztowało panią domu dwie godziny chodzenia po sąsiadach, by skompletować składniki na potrawkę. I chociaż dawniej było równie ciężko albo i gorzej, przeżyte już cierpienia bolą jakby mniej niż obecne:

A mimo to starzy tęsknili za przeszłością (...). W latach 1920-1923, pod koniec wojny domowej, prawie milion Kazachów umarło z głodu. Przymusowa kolektywizacja przebiegała tu jeszcze okrutniej niż w innych republikach Związku Radzieckiego. Kiedy rozpoczęła się walka z kułakami oraz brutalna i chaotyczna kampania osiedlania koczowników w latach 1930-1933, Kazachowie woleli spalić plony i wyrżnąć trzodę, niż oddać je w obce ręce. Przepadła niemal połowa wypasanych na stepie zwierząt (...). Mimo to nawet teraz, po uzyskaniu niepodległości, ludzie niechętnie o tym mówili. Być może dlatego, że ta niewyobrażalna, bezduszna tragedia dotknęła wszystkich bez wyjątku – miejscowych na równi z Rosjanami.

Oceania oczami noblisty

Jean-Marie Gustave Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Państwowy Instytut Wydawniczy

To moje drugie, a zarazem jakby pierwsze – bo totalnie inne – spotkanie z francuskim noblistą. Poprzednio sięgnęłam po bardzo wczesną (z 1970) powieść eksperymentalną Wojna. Tym razem inna forma, inna tematyka, inny styl: Raga. Le Clézio dużo podróżował i owocem tego są dość liczne książki podróżnicze. Raga na polskim rynku ukazała się w 2009 roku, a powstała trzy lata wcześniej, więc od Wojny upłynęło niemało czasu i wiele się w pisarstwie Le Clézio zmieniło.

W swojej książce autor zabiera nas w podróż na wyspy Oceanii, nazywanej niewidzialnym kontynentem: bo niedocenianym, niedostrzeganym, rozproszonym. Jak można się jednak spodziewać, nie jest to zwykła książka podróżnicza. Jest tu historia, opowieści, mit, obrazy i odczucia, zawsze jakby w migawkach i urywkach: trochę tu, trochę tam, a wszystko na zaledwie stu dwudziestu stronach. Nie znaczy to, że zapiski są pobieżne: przeciwnie, wiele w nich informacji, są one za to skondensowane i bazują na domniemanej wiedzy czytelnika. A jednocześnie wszystko jest jakby ujrzane w mgnieniu oka: i już ledwo dojrzana, muśnięta, Raga się oddala.

Wsiąść do pociągu (nie)byle jakiego...


Paul Theroux, Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki
Wydawnictwo Czarne, seria Orient Express

Paul Theroux (ur. 1941) nie jest podróżnikiem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jest powieściopisarzem (napisał około trzydziestu powieści), a także autorem książek z zakresu literatury faktu, między innymi Wielkiego bazaru kolejowego, Safari mrocznej gwiazdy i Starego Ekspresu Patagońskiego. Jednak we wstępie zdradza nam, dlaczego zdecydował się wsiąść do pociągu i przejechać szlakiem kolejowym obydwie Ameryki - by zdobyć materiał na nową książkę. Już na pierwszych stronach pozbawia nas złudzeń i śmieje się w twarz: żadne tam romantyczne dążenia ani szczytne cele, nawet nie wewnętrzny głos zmuszający do wyruszenia w drogę, a powód najbardziej prozaiczny z możliwych.

Theroux sprawia wrażenie człowieka mającego o sobie dość wysokie mniemanie, choć nie można powiedzieć, żeby ta opinia była całkiem bezzasadna; jednocześnie autor jest tego świadomy i sam o sobie pisze z rozbrajającym dystansem. Jest rzetelny i szczery, oczytany i inteligentny, poważnie podchodzi do swoich przedsięwzięć (nauczony doświadczeniem z azjatyckiej wyprawy, planując nową podróż, poduczył się hiszpańskiego, bo nie chciał już być takim ignorantem). Trochę z ironią, trochę z wyższością, trochę z ciekawością notuje spostrzeżenia zwykłego człowieka, który wpadł na zupełnie fantastyczny pomysł: przejechać Ameryki przesiadając się z jednego pociągu do drugiego.

Autor nie ma w sobie zbyt wiele z typowego poszukiwacza przygód: przy okazji któregoś z noclegów skarży się, że szum fal nie pozwalał mu zasnąć przez pół nocy. Ale to sprawia, że jego relację czyta się większym zainteresowaniem, a niekiedy nawet rozbawieniem, bo jest bliższa przeciętnemu zjadaczowi chleba: Theroux chce się wyspać, boi się o siebie, narzeka na brud i brak prywatności, nie ma ochoty próbować miejscowych przysmaków oblezionych przez muchy (Z domu wyjeżdżałem w podniosłym nastroju, ale nie byłem żadnym odkrywcą: podróż miała dostarczać radości, a nie być próbą wytrzymałości czy cierpliwości). Czasem się zastanawia, po co w ogóle wyruszył – rzadko śledzimy takie rozterki w książkach podróżniczych (ale zaniepokojonych spieszę upewnić, że skargi nie są jedynym składnikiem tej historii). Jednocześnie pisarz pokonuje długą drogę z Massachusetts do Esquel w Patagonii, obserwuje, rozmawia, portretuje. Książka jest olbrzymim zbiorem scenek rodzajowych, krótkich wycinków z życia, krajobrazów uchwyconych z perspektywy okna wagonu. I choć miejscowi ciągle proponują mu autobus, czasem nawet samolot – bo szybciej, taniej, bezpieczniej, sensowniej – Theroux uparcie trzyma się swojego projektu, bo warto pojechać pociągiem, jeśli człowiek pragnie zrozumieć. Tak podróżują najbiedniejsi, najzwyklejsi, tu jest istota kraju.

Gdzie wszystko jest ekstremalne...


Jacek Pałkiewicz, Syberia. Wyprawa na biegun zimna
Biblioteka Poznaj Świat

Niesamowity człowiek, jeden z najważniejszych odkrywców XX wieku. Urodzony w 1942 roku, a więc już niemłody, a jednak nie opuszcza go energia i pasja podróżowania. Jako dziecko czytał powieści Jacka Londona i marzył o dalekich wyprawach; jako dorosły chce spróbować wszystkiego. Poznał największe dżungle i pustynie Ziemi. Kilkakrotnie wybierał się na Syberię. Odwiedzał liczne plemiona żyjące w izolacji - w tym kanibali. W 1975 roku samotnie przepłynął Atlantyk w pięciometrowej szalupie ratunkowej (44 dni). W 1996 roku odkrył źródło Amazonki. Autor wielu książek, między innymi Terra incognita, która została uznana za najlepszą książkę podróżniczą (1998). Skąd ten zapał? W książce Syberia. Wyprawa na biegun zimna pisze: Podróżujemy, choć nie ma już nie do zdobycia opróćz wiedzy o naszych możliwościach. Podróżujemy, żeby sprawdzić samych siebie (...). Chcę wiedzieć, dokąd się mogę posunąć. Gdzie są moje Kolumny Herkulesa? Czy się przy nich zatrzymam, czy pójdę krok dalej, pokonam strach, stawię czoło niebezpieczeństwu?

W swojej książce Pałkiewicz opisuje wyprawę, podczas której wraz z kilkoma towarzyszami przebył niemal 600 km na sankach ciągniętych przez renifery, w temperaturze około -50 stopni, odżywiając się jak nieliczni miejscowi (przez 500 km nie spotkali żywej duszy), śpiąc w namiocie, w którym nad ranem temperatura spadała do -35 stopni. Warto tu zauważyć, że zarówno autor, jak i jego towarzysze na co dzień mieszkają we Włoszech, więc różnica jest znaczna. Wszystko po to, by sprawdzić granice własnej wytrzymałości, pokonać siebie, zbadać możliwości adaptacyjne organizmu ludzkiego.

Witamy w Etiopii


Martyna Wojciechowska, Etiopia. Ale czat!
Wydawnictwo National Geographic

Etiopię odwiedziłam już wcześniej z Kapuścińskim (Cesarz), ale że inne kultury ciągle mnie fascynują, Martyny Wojciechowskiej jeszcze nie znam (poza dwoma odcinkami jej programu), a książki wydane przez National Geographic kuszą pięknymi zdjęciami, postanowiłam wrócić do Afryki. Niestety to pierwsze spotkanie okazało się znacznie bardziej udane.

Książka jest podzielona na kilkanaście niedługich rozdziałów, w których autorka przybliża nam kolejne próbki Etiopii. Każdy rozdział jest opatrzony przysłowiem abisyńskim. Jedno z nich:

Jeśli masz zmartwienie – napij się kawy,
jeśli się cieszysz – napij się kawy,
jeśli jesteś zmęczony – napij się kawy

Teoretycznie wszystko jest ciekawe: krajobraz, w którym obok „najokrutniejszego miejsca na ziemi” (pustyni Danakil) rozciągają się hektary pięknej, bujnej roślinności; zespół kościołów wykutych w skałach; obce plemiona, inne zwyczaje... Dowiedziałam się paru nowych rzeczy (między innymi tego, że prawie połowa Etiopczyków to dzieci do 14. roku życia, a średnia wieku mieszkańców tego kraju wynosi... 18 lat!), obejrzałam ciekawe fotografie. A jednak nie ciągnęło mnie do tej książki, gdy przerywałam czytanie.

Szkoła przetrwania dla mięczaków

Boris Reitschuster, Ruski ekstrem. Jak nauczyłem się kochać Moskwę

Boris Reitschuster jest niemieckim ekspertem zagadnień rosyjskich. Na pierwszej stronie książki wyznaje, że do naszych wschodnich sąsiadów wyruszył za swoją młodzieńczą miłością o imieniu Dana. Miłość przeminęła, Rosja została. Swojej przybranej ojczyźnie poświęcił niejedną książkę – Ruski ekstrem to kolejna pozycja jego autorstwa.

Reitschuster oddaje w nasze ręce zbiór felietonów, w których stara się jak najlepiej zobrazować atmoferę rosyjskiej stolicy, panujące tam zwyczaje, ludzkie charaktery. Niemal każdy przejaw tamtejszego życia wita ze zdumieniem, czasem irytacją; niektóre sprawy wprawiają go w osłupienie, innym razem brak mu słów. Cała książka składa się wielu zabawnych (póki niedoświadczanych na własnej skórze) historyjek. Mój ulubiony fragment – ściany w kuchni są tak krzywe, że uniemożliwiają zamontowanie szafek:

Gdy szwedzka prostota w formie zabudowanej kuchni z IKEA zderza się z rosyjską krzywizną, to pomóc tu mogą tylko pot, cierpliwość i dobra wyrzynarka. Nagle sierp i młot objawiają mi się w nowym świetle.

Swoją drogą nie dalej jak rok temu mieliśmy z Mężem podobny problem podczas zmiany wystroju przedpokoju – stanęliśmy przed niełatwym wyborem, czy brzeg tapety ma biec równolegle do podłogi czy lepiej do sufitu. Książki na ten temat nie napisaliśmy :)
Nie da się zapomnieć, że autor pochodzi z Niemiec: nie raz i nie dwa szokuje go coś, co nam, Polakom, wydaje się zupełnie do pomyślenia, a czego nasi rodzice mogli zakosztować na własnej skórze (jak choćby długaśne kolejki i puste sklepowe półki). Z jednej strony się zastanawiam – czy to, że niektóre sytuacje znamy z autopsji, czyni je mniej absurdalnymi? Z drugiej jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że autor nieco przesadza, gdy na każdym kroku zderza się z rzeczywistością zupełnie niespełniającą jego oczekiwań.

Pewnie się narażę, ale...

Jaume Sanllorente, Uśmiechy Bombaju. Podróż do Indii zmieniła moje życie

... nie potrafię się przyłączyć do zgodnych zachwytów nad książką. Tym razem nie będzie recenzji, będzie moja refleksja.

Autor, młody przepracowany dziennikarz z Barcelony, ulega namowom i wybiera się na wakacje. Przypadkiem i trochę wbrew swojej woli trafia do Indii, które mimo nie najlepszego pierwszego wrażenia pozostawiają w nim niezatarty ślad i wciąż o sobie przypominają. W rezultacie Jaume wraca, osiedla się w Indiach i zakłada organizację pozarządową „Uśmiechy Bombaju”, która ma na celu ocalić przynajmniej niektóre tamtejsze dzieci od biedy, głodu, wykorzystywania seksualnego, przemocy i śmierci, a w zamian – zaoferować im możliwość rozwoju i lepszą przyszłość.

Książka z pewnością pełna jest życiowej mądrości i w żadnym razie nie zamierzam tego stwierdzenia podważać. Z każdego rozdziału można wyłuskać co najmniej jedno zdanie, które warto zapamiętać, przemyśleć, przyswoić i najlepiej – zastosować. Podziwiam autora za odwagę podążania za głosem serca, za wrażliwość, determinację, siłę... Naprawdę ciężko wyrazić słowami uznanie za ogrom pracy, jaki wykonuje dla innych. Każde jedno życie jest bezcenne, a on darował ich już 6000.

Średnio podoba mi się język książki, która jest pisana bardzo nierówno, w jednym miejscu jak sprawozdanie, w innym – z jakimiś poetyckim zacięciem. Myślę jednak, że Sanllorente nie starał się stworzyć arcydzieła, a jedynie apel, który miał poruszyć serca ludzi na całym świecie. I chyba mu się udało. Bo – dosłownie – serce pęka, jak się czyta o niemowlęciu uduszonym przez ojca, żeby w przyszłości nie sprawiało kłopotów albo dziewczynce okaleczonej po to, by wzbudzała większą litość turystów. Piękne słowa nie są w takich wypadkach potrzebne, by wstrząsać i poruszać.

Sanllorente pisze o sprawach bardzo ważnych, można śmiało powiedzieć – elementarnych, bo czy troska o drugiego człowieka nie jest jednym z naszych podstawowych zadań? Wydawałoby się, że autor przypomina jedynie o tym, co oczywiste; powtarza (to nie zarzut! O takich sprawach należy wciąż przypominać) to, o czym się mówi wciąż i na wiele sposobów – o czym wiemy, jeśli tylko chcemy słuchać. Tymczasem jego książka budzi takie poruszenie w kręgach czytelniczych, jakby do tej pory nikt nie słyszał o umierających z głodu, zmuszanych do pracy i wykorzystywanych seksualnie dzieciach w Afryce i Azji, a także, nie oszukujmy się, w bardziej „cywilizowanych” częściach świata. Jakbyśmy przeżywali szok, dowiadując się, że rzeczywiście można coś zrobić dla dobra innych. Na jakim świecie my żyjemy?

Autor co kilka stron powtarza: możesz coś zmienić, właśnie ty, właśnie sam, jeden, i świat będzie lepszy. Swoim przykładem obala mit, że jednostka nie jest w stanie niczego dokonać w pojedynkę, i zachęca do działania – w jakiejkolwiek formie. A my się zachwycamy: jaka poruszająca książka, jaka mądra, jaka piękna i wstrząsająca zarazem. I co dalej? I wracamy do swojego życia, jeszcze przez jakiś czas pod wrażeniem lektury, które się stopniowo coraz bardziej zaciera.

Jeszcze raz powtórzę – lektura z pewnością warta przeczytania, choć jej siła tkwi w rzeczywistości, którą powieść jedynie przedstawia, sama będąc całkiem przeciętną. Jest prawdziwa, ważna, mądra – ale literacko do mnie w ogóle nie przemawia.

Moja ocena: 6/10.

Zamiast opowiadać sobie o świetnej książce, skorzystajmy z zawartej w niej nauki i zróbmy coś dla innych. Jeśli ktoś z Was chciałby też podarować szansę na lepsze życie – chociaż jednemu dziecku – zapraszam na przykład tutaj:


Beata Pawlikowska, Blondynka na safari


Ciągnie mnie ostatnio do literatury podróżniczej wszelkiej maści. W wyniku tej nowej fascynacji sięgnęłam po jedną z licznych książek Beaty Pawlikowskiej, autorki do tej pory mi nieznanej.

Życiorys, zdolności i dokonania podróżniczki budzą podziw, żeby nie powiedzieć – wprawiają w osłupienie. Liczne wyprawy, znajomość kilku języków, audycje radiowe, fotografia, kilkadziesiąt publikacji... Książki-przewodniki, książki-poradniki, książki-kursy językowe. A niejedno jeszcze z pewnością przed nią.

Blondynka na safari to jedna z bardzo wielu książek opisujących wyprawy Pawlikowskiej. Pomyślana jako coś w rodzaju przewodnika nieograniczającego się do suchych i nudnych informacji, w rzeczywistości ma w sobie też coś z atlasu roślin i zwierząt. Treść została bardzo przejrzyście podzielona na kategorie: zwierzęta, rośliny, parki narodowe, ludzie, życie codzienne, zdrowie i różne przydatne informacje – co zabrać, jak dbać o swoje bezpieczeństwo, co można robić i czego lepiej unikać.

Najciekawsza jest według mnie część dotycząca zwierząt. Zgodnie z zapowiedzią autorka skupia się na interesujących szczegółach. Dowiadujemy się, że bawoły są mściwe, natomiast hieny to sprytne stworzenia, waleczni wojownicy i troskliwi opiekunowie (a pamiętacie hieny z Króla lwa?). Hipopotam ma zbyt delikatne stopy, by zbaczać ze ścieżki – woli zgnieść wszystko, co stanie mu na drodze. Największy krokodyl miał prawie 7 metrów długości! A to, czy z jaj wyklują się krokodylki (one) czy krokodyle (oni) zależy od temperatury, w jakiej jaja są przechowywane. Słoń kładzie się na ziemi dopiero wtedy, gdy umiera, a żyrafie wystarczą niecałe 2 godziny snu na dobę, by całkowicie odpocząć (kto nie chciałby dodatkowych sześciu godzin dziennie?). Trąba słonia składa się wyłącznie z mięśni – jest ich ponad sto tysięcy! Ciekawych informacji jest całe mnóstwo, czyta się to świetnie. Do tego piękne fotografie. Podobnie wygląda część dotycząca roślin - w tej kategorii wygrywa drzewo mające owoce w kształcie parówek o długości jednego metra.

Arkady Fiedler, Gujana. Spotkałem szczęśliwych Indian


Arkady Fiedler (1894-1985) to chyba najbardziej znany polski pisarz-podróżnik. Trzydzieści wydanych pozycji mówi samo za siebie. Zaskoczyło mnie natomiast, że pierwszą swoją wyprawę - do Norwegii - odbył dopiero w wieku 31 lat. Może jeszcze wszystko przede mną? Co ciekawsze, wyruszając w swoją ostatnią podróż miał aż 87 lat! A w międzyczasie odbył tych podróży jeszcze 26 - do obu Ameryk, Afryki, Azji, a także po Europie. Z pewnością było o czym pisać.

Z dzieciństwa pamiętam wyblakłe okładki PRL-owskich książek, z szarymi kartkami i bezbarwnymi zdjęciami: Orinoko, Ryby śpiewają w Ukajali, Kanada pachnąca żywicą, Rio de Oro... Z pewnością w tamtej szacie graficznej nie zachęcały i mimo że czytałam dużo i chętnie - po żadną z nich nigdy nie sięgnęłam. Obecnie literatura podróżnicza przeżywa chyba swój renesans. A może po prostu stała się modna? Tak czy inaczej, dobrym pomysłem było wznowienie książek Fiedlera w ramach serii "Biblioteka Poznaj Świat": kolorowe, ładnie i starannie wydane, z pewnością przyciągają uwagę i mają większe szanse na zainteresowanie czytelnika niż te egzemplarze, które ja pamiętam.