Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura japońska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura japońska. Pokaż wszystkie posty
Filozofia biegania
Blogowy szał na Murakamiego jakoś
mnie ominął, ale w zeszłym roku uległam modzie na bieganie :) Na
typowe poradniki nie miałam ochoty, ale byłam bardzo ciekawa, co
pisarz mówi, kiedy mówi o bieganiu. I szybko się okazało, że
bieganie jest dla niego czymś znacznie więcej niż tylko formą
sportu, a książka nie jest kierowana tylko do zapalonych
maratończyków – choć jestem pewna, że gdyby nie moje osobiste
doświadczenia (na razie skromne), przeczytałabym ją ze znacznie
mniejszym zainteresowaniem.
"Wszyscy jesteśmy przeszczepami"
Rebecca
Otowa, W Japonii czyli w domu
Wydawnictwo
Świat Książki
Dawno
temu pisałam o książce, w której Niemiec opowiadał o Rosji.
Dzisiaj – Amerykanka o Japonii. Przez chwilę myślałam, że to kolejna opowieść
w stylu „młoda Amerykanka rzuca wszystko i zaczyna nowe życie w
obcym miejscu“. Tymczasem – i tak, i nie. Bo scenariusz
rzeczywiście jest właśnie taki, jednak książka w niczym nie
przypomina Pod słońcem Toskanii (wybaczcie, nie
znam innych tytułów, nie przepadam za powieściami pisanymi według
jednego schematu). To subtelnie opowiedziana, piękna historia
mądrej, dojrzałej kobiety.
Zasypało mnie
Kōbō
Abe, Kobieta z wydm
Wydawnictwo
Znak
Kōbō
Abe (1924–1993) był bardzo cenionym japońskim prozaikiem, jest
uważany za czołowego przedstawiciela japońskiego modernizmu
powojennego. Kobieta z wydm jest jego najbardziej znaną i
zdecydowanie nienową już książką (po raz pierwszy wydana w 1962
roku), choć podczas lektury w ogóle się tego nie czuje. Podchodzę do tej
recenzji z pewną nieśmiałością, bo na okładce napisano,
że to „wybitna powieść japońska“ i „arcydzieło literatury
światowej“, a mi się ona zwyczajnie nie podobała. Ani trochę.
Głównym
bohaterem jest nauczyciel-entomolog, który wyrusza na wydmy w
poszukiwaniu nowego gatunku owada – liczy, że dzięki temu jego
imię przetrwa na zawsze. Podczas wędrówki traci poczucie czasu i w
pewnym momencie jest już za późno, by wracać na piechotę –
przypadkowo spotkani mężczyźni proponują mu więc nocleg u jednej
z mieszkanek okolicy. Warunki jednogwiazdkowe: spróchniały dom
umieszczony w piaskowej dziurze. Ale to tylko na jedną noc, prawda?
Rano o wszystkim zapomni, nie jest zresztą francuskim pieskiem.
Niestety rano drabiny prowadzącej na górę nie ma, nie ma też żadnego sposobu na
wydostanie się z pułapki. Trzeba wybierać piach, który
nieustannie osypuje się po zboczach, obciąża dach, oblepia ciało,
wdziera się w każdy zakamarek. Trzeba przykrywać twarz
szykując się do snu, a czajnik i zapałki owijać plastikową
folią. A po chwili piasek już i tak jest wszędzie.
Takashi Nagai, Listy do dzieci
Mam zgubny zwyczaj wybierania książek po okładkach. Kiedy jakaś mnie w bibliotece przyciąga, zazwyczaj ją wypożyczam. Zwykle się rozczarowuję, a następnym razem robię to samo. Na szczęście starcza mi rozumu, aby w ten sposób zaopatrywać się jedynie w bibliotekach - inaczej prędko bym zbankrutowała, a półki uginałyby się pod ciężarem nietrafionych tytułów.
Tak też było z tą książką - okładka mi się spodobała, opis przeczytałam i przygarnęłam lekturę pod swój dach. Mam co do niej bardzo mieszane uczucia i w zasadzie nie wiem, co myśleć.
Autor nie był pisarzem, a japońskim naukowcem, lekarzem radiologiem, a także - co w tym wypadku ważne - chrześcijaninem. Przeżył zrzucenie bomby atomowej na Nagasaki. W czasie wojny pacjentów przybywało i nie mogło być mowy o zachowaniu odpowiednich środków ostrożności - ograniczonej dawki promieniowania dziennie, corocznego urlopu... Takashi Nagai w pełni, z pasją i zaangażowaniem, poświęca się swojej pracy, i zapada na przewlekłą chorobę popromienną. Ma przed sobą 3 lata życia, gdy na miasto spada bomba i ginie żona naukowca - a z nią nadzieja, że po jego śmierci dzieci nadal będą miały dom. Książka ma być "duchowym testamentem" (określenie z okładki) autora, który pragnie zostawić dzieciom kawałek siebie. Zdaje sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko, co chce im przekazać, są w stanie zrozumieć, dlatego niektóre rzeczy spisuje.
Tak też było z tą książką - okładka mi się spodobała, opis przeczytałam i przygarnęłam lekturę pod swój dach. Mam co do niej bardzo mieszane uczucia i w zasadzie nie wiem, co myśleć.
Autor nie był pisarzem, a japońskim naukowcem, lekarzem radiologiem, a także - co w tym wypadku ważne - chrześcijaninem. Przeżył zrzucenie bomby atomowej na Nagasaki. W czasie wojny pacjentów przybywało i nie mogło być mowy o zachowaniu odpowiednich środków ostrożności - ograniczonej dawki promieniowania dziennie, corocznego urlopu... Takashi Nagai w pełni, z pasją i zaangażowaniem, poświęca się swojej pracy, i zapada na przewlekłą chorobę popromienną. Ma przed sobą 3 lata życia, gdy na miasto spada bomba i ginie żona naukowca - a z nią nadzieja, że po jego śmierci dzieci nadal będą miały dom. Książka ma być "duchowym testamentem" (określenie z okładki) autora, który pragnie zostawić dzieciom kawałek siebie. Zdaje sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko, co chce im przekazać, są w stanie zrozumieć, dlatego niektóre rzeczy spisuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



