Nie będę się za długo nad tą
książką rozwodzić, bo w blogosferze krążą już chyba setki
recenzji (ręka w górę, kto jeszcze o niej nie słyszał Nie ma
nikogo? Tak myślałam). Fizyka mnie ani nie fascynuje, ani nie
wzbudza we mnie paniki (pozdrawiam Tatę, który pewnie właśnie
nade mną zapłakał ;)) i nazwisko Feynmana nic mi nie mówiło,
póki nie zobaczyłam pierwszych recenzji. Ale już się trochę
douczyłam, chociaż „relatywistyczna elektrodynamika kwantowa“
nadal mówi mi, ekhm, niewiele.
