Zrozumieć małe dziecko


Tracy Hogg, Melinda Blau, Język dwulatka
Wydawnictwo Świat Książki

Młode mamy (młodzi rodzice) mogą przebierać w licznych poradnikach dotyczących wychowania, żywenia, uczenia, ubierania, spędzania wolnego czasu z dziećmi i rozmawiania z nimi na trudne tematy. Każda kolejna książka ma zawierać niezawodną receptę na szczęśliwe i mądre rodzicielstwo, każda ma sprawić, że będziemy umieli kochać i wychowywać swoje dziecko. Tracy Hogg wyróżnia się w tym morzu poradników: jej książki Język niemowląt oraz Język dwulatka są bardzo popularne, a reakcje na jej rady skrajne: niektórzy się zachwycają i czują dozgonną wdzięczność za opanowanie ich życiowego chaosu, inni krytykują jej metody i wolą zdać się na instynkt macierzyński.

Nie można zaprzeczyć, że autorka ma ogromne doświadczenie w pracy z dziećmi, a większość jej rad jest sensowna. Czytaliśmy z Mężem Język niemowląt (to jedyny poradnik, po jaki sięgneliśmy), i choć nie trzymaliśmy się sztywno wyznaczonych tam reguł, pomogła nam ta książka zaprowadzić nieco porządku w naszym życiu i niektóre rozwiązania okazały się nam bardzo odpowiadać. Język dwulatka jest naturalną kontynuacją poprzedniej książki. Tutaj małe sprostowanie: w oryginalnym tytule nie chodzi o dwulatka, tylko po prostu o małe dzieckotoddler – dlatego w momencie, kiedy nasz mały człowiek przestaje być niemowlakiem, zaczyna więcej rozumieć i samodzielnie chodzić, możemy śmiało sięgnąć po tę pozycję. Tracy Hogg wielokrotnie przywołuje w niej przykłady dzieci osiemnasto-, piętnastomiesięcznych, a nawet młodszych (starszych oczywiście też). Polski tytuł jest więc trochę mylący, nie mamy jednak jednego słowa określającego dziecko w wieku 1–3 lat.


Punktem wyjścia jest test osobowościowy dla dziecka – Tracy Hogg wydzieliła pięć typów charakteru, w które akurat nasz synek nieźle się wpasowuje (nie wiem, jak inne maluchy), a następnie pokazuje, jak postępować z każdym z nich (co jest oczywiście tylko szkicem, bo sama kilkakrotnie podkreśla, że nie ma dwojga identycznych dzieci). Autorka opiera się nadal na tych samych, fundamentalnych założeniach, co w Języku niemowląt: uznawaniu dziecka za odrębną osobę, zwracaniu się do niego zawsze z szacunkiem (co, rzecz jasna, nie wyklucza stanowczości i zakazów), akceptowaniu jego uczuć (również tych negatywnych) i delikatnym prowadzeniu. Nie sposób się (moim zdaniem) nie zgodzić z takim podejściem. I choć dla niektórych osób mogą to być kwestie oczywiste, warto o nich przypominać i omawiać je szczegółowo: ilu rodziców bowiem denerwuje się, gdy dziecko wpada w złość, podczas gdy każdy z nas odczuwa nieraz negatywne emocje i naszym zadaniem jest pokazać dziecku, jak sobie z nimi radzić, a nie negować je lub tłumić (u dziecka), wykorzystując swoją pozycję i autorytet (który nota bene łatwo w ten sposób stracić).

Książka jest podzielona na dziewięć rozdziałów, w których autorka pochyla się kolejno nad najważniejszymi kwestiami dotyczącymi opieki nad małym dzieckiem: jak postępować z nim na co dzień, jak uporządkować jego dzień i dać w ten sposób poczucie bezpieczeństwa, jak wspierać je na drodze do samodzielności (pieluchy, smoczek, samodzielne jedzenie), jak wspierać rozwój mowy i rozmawiać, jak wprowadzać dyscyplinę, radzić sobie z najczęstszymi problemami-złodziejami czasu (trzygodzinne kładzenie spać, niekończące się posiłki, problemy z ubieraniem). Ostatni rozdział omawia szczegółowo pojawienie się rodzeństwa i był dla mnie najbardziej odkrywczy – sporo się z niego dowiedziałam.

Tracy Hogg ma skłonność do ujmowania najważniejszych spraw w punktach i tabelkach, w związku z czym treści łatwo sobie przyswoić i zapamiętać (muszę jednak przyznać, że wyróżnione wskazówki były nieraz umieszczone w złych miejscach: rozbijały przykłady w tekście głównym i niepotrzebnie przerywały wątek, pozostając w co najwyżej luźnym związku z tym, o czym właśnie czytałam). Jej rady są mocno zakorzenione w rzeczywistości i poparte licznymi przykładami. Niektóre wskazówki uważam za bardzo cenne, inne były dla mnie prawdziwym odkryciem, jeszcze inne nie wzbudziły we mnie zainteresowania. Zupełnie bezużyteczny dla polskiego czytelnika jest rozdział o rozszerzaniu diety (który moim zdaniem lepiej by pasował do pierwszej książki, dotyczącej niemowlaków – przecież rozszerzamy dietę po sześciu miesiącach, a nie w drugim roku życia!). Autorka chce podawać trzylatkowi trzy butelki mleka dziennie, z zaznaczeniem, że pełnotłuste mleko mogą zastąpić sery, jogurty oraz lody (najlepiej na śniadanie!), a ośmiomiesięczne dziecko jej zdaniem po każdym posiłku – obiad, deser, cokolwiek – powinno dostawać pierś lub butelkę (??). Inny kraj, inne standardy i tabele żywienia, więc po prostu nie zwracałam na te tematy specjalnej uwagi. Czasem też moim zdaniem autorka trochę przesadza, jednak ilu rodziców, tyle wizji, ciężko się więc dziwić, że nie zachwyciło mnie każde jej zdanie :) Nie zmienia to faktu, że kilka zasad już wprowadzamy, a o innych będziemy pamiętać na przyszłość. Całą książkę uważam za naprawdę pomocną: pokazuje świat z punktu widzenia dziecka i rzeczywiście pozwala je lepiej zrozumieć.

Tracy Hogg zaznacza, że nie ma złotej recepty na cudowne dziecko, że szczęśliwe, pogodne i grzeczne maluchy to efekt cieżkiej, codziennej pracy, że rodzic musi porzede wszystkim słuchać i obserwować, a dopiero potem działać – z pełną świadomością, że każdy jego ruch i każde słowo (niekoniecznie skierowane do malucha) mogą zapaść dziecku w pamięć i utrwalać pożądane lub niepożądane zachowania. Autorka wielokrotnie podkreśla, że wrzaski czy bicie dzieci jest niedopuszczalne i źle świadczy o rodzicach, którzy nie potrafią zapanować nad własnymi emocjami, a wymagają tego od dwu- i trzylatków, a także nieustannie przypomina, że to są małe, odrębne istoty, które mają prawo do własnych sympatii i antypatii oraz do podejmowania decyzji (w granicach rozsądku i na ich miarę). Powtarza też, że nie ma jej zdaniem dzieci z natury złych – są tylko takie, w których rodzice chcący lub niechcący utrwalili złe nawyki i zachowania.

Na koniec moje zrzędzenie. Książka jest wydana strasznie. Tłumaczenie – koszmarne. Dzieci są w całej publikacji nazywane "chodziaczkami" (do typów dzieci już się przyzwyczaiłam w poprzedniej części, choć też są dziwaczne: żywczyki, poprzeczniaki, średniaczki...), jedzenie dla niemowląt – "odżywką dla dzieci". Pan Czekański nie zna najwidoczniej żadnego innego słowa na histeryczne zachowania dzieci niż "brewerie" lub "dzikie brewerie", którego to określenia używał z upodobaniem od początku do końca, rezygnując z jakichkolwiek synonimów (przez całe życie nie usłyszałam tego słowa tyle razy, co podczas lektury tej jednej książki!); podobnie się rzecz miała z "łachudrą", która wystąpiła trzykrotnie na jednej stronie (co nie razi w przypadku słowa "dziecko", ale gdy wyraz jest mało używany, naprawdę rzuca się w oczy!). Były też "zadzierzgnięcia" jako jedno z zagrożeń (obok upadków, uduszeń itp.), "dłuższa skala czasu", "wpływ kształtujący" i zdania typu "Moja matka kochała mnie śmiertelnie". Udając seplenienie w wyrazach wypowiadanych przez dzieci ("psieprasiam" i "prosie"), nikt nie pomyślał, że dwulatek raczej nie wymawia r. Tłumacz najwyraźniej nie słyszał także, że przekład to nie tylko zmiana języka na zrozumiały dla odbiorcy, ale również dostosowanie (choć trochę!) książki do jego realiów ("Niezależnie od tego, czy obchodzimy Boże Narodzenie, czy też święta Chanukkah lub Kwanza, zacznijmy..." – ręka w górę, kto obchodzi święta Kwanza!). Do tego dochodzi zwyczajna niekonsekwensja w tłumczeniu (metoda czterech kroków inaczej została przetłumaczona na okładkę, a inaczej w treści książki), błędy składniowe, interpunkcyjne i literówki (nim skończyłam wstęp, naliczyłam co najmniej sześć błędów), a nawet ortograficzne ("nie modne") czy niedopatrzenia (czytamy: "tekst wyodrębiony na tej stronie" – podczas gdy na tej stronie nie ma żadnego wyodrębionego tekstu). Patrzę, przecieram oczy i nie wierzę – jak te wszystkie błędy są możliwe po redakcji i dwóch (!!) korektach – bo tyle nazwisk widnieje na stronie redakcyjnej.

Mimo to uważam, że książka jest wartościowa i godna polecenia. Zawiera mnóstwo cennych uwag, a przede wszystkim niesie pozytywny przekaz: poznając dziecko, skupiając się na nim i na tym, co chce nam przekazać (na różne sposoby), będziemy wiedzieli, o co mu chodzi i będziemy potrafili mądrze je wspierać. To trochę nietypowy poradnik, bo, jak wyjaśnia Tracy Hogg:
Nie piszę nigdy "powinno być tak a tak", ponieważ chcę dać rodzicom coś lepszego niż gotowe recepty – zdolność samodzielnego ustalania, co służy najlepiej dziecku i rodzinie.
Trochę mnie przytłoczyły rozdziały o nieustannym zachowywaniu świadomości sytuacji (nie należę do osób, które dobrze panują nad emocjami) oraz liczne wskazówki (jak to wszystko zapamiętać?!), ale całą książkę czytało mi się bardzo dobrze i sporo wyniosłam z lektury. Autorka bynajmniej nie chce wpędzać nas w kompleksy – w myśl zasady, że brak pewności i wiary w siebie oraz poczucie winy i niekompetencji to najpełniejsza definicja nieudanego rodzicielstwa – zachęca jedynie do uważnego słuchania i obserwowania oraz dostrzegania w swoim dziecku człowieka. Polecam.

Moja ocena: 7/10.

Za książkę bardzo dziękuję Agnieszce ze Świata Książki :)

15 komentarzy:

  1. Mi Tracy Hogg jakoś nie podeszła. Nie wiem dlaczego tak się stało. Czytałam jedynie "Język niemowląt". Zresztą "czytałam" to za dużo napisane. Przejrzałam może z 1/3 książki. Bardzo szybko odsprzedałam ją koleżance. Ta ilość porad, informacji przytłoczyła mnie (nie jestem w stanie spamiętać wszystkiego). Po tę recenzowaną przez Ciebie też raczej nie sięgnę(przy drugim dziecku, o ile je kiedyś będę miała). No i jeszcze to tłumaczenie, nieprzystosowanie do polskich realiów jeszcze bardziej mnie odrzuca od książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jednak warto było dokończyć, bo po przeczytaniu całości wszystko się lepiej układa i już nie ma takiego wrażenia natłoku informacji. No ale nie każdy poradnik musi być świetny dla każdego.
      Co do realiów, to raczej sporadyczne przypadki i niespecjalnie przeszkadzają w odbiorze - raczej śmieszą - no ale jednak rażą jako niedopracowanie.

      Usuń
  2. Akurat mam dwulatka na stanie, chetnie skorzystam z rad Tracy Hogg (przeczytalam juz sporo ksiazek o wychowaniu dziecka, ale kazda nastepna rozjasnia mi jeszcze troche...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mądrych książek nigdy dość :)

      Usuń
    2. A poleciłabyś jakąś książkę, która wydała Ci się wyjątkowo pomocna?

      Usuń
  3. poradniki nic nie dają ;] jestem mamą 4,5 letniego dziecka i wierz mi, żadna książka nie pomoże wychowywać i ją zrozumieć, bo zachowuje się na opak z tym co piszą ;]

    OdpowiedzUsuń
  4. No jednak z mojego (mniejszego) doświadczenia wynika, że konsekwentne stosowanie pewnych zasad daje pozytywne rezultaty i akurat rady tej pani się u nas sprawdzają, więc chyba nie każde dziecko zachowuje się dokładnie odwrotnie :) Zwłaszcza że pani nie pisze, że każde dziecko robi tak czy siak, pokazuje tylko pewne prawidłowości i mówi, jak ich unikać (zaznaczając jednocześnie, że nie da się w 100% wyeliminować napadów złego humoru czy innych sytuacji, ale pozwoli ich nie wzmacniać i nie utrwalać). Autorka pracowała z setkami dzieci i udało jej się zauważyć pewne ogólne schematy, w które poszczególne dzieci (w zależności od charakteru) lepiej lub gorzej się wpisują. Tak że ja jednak ufam (w pewnym stopniu) poradnikom i staram się korzystać z doświadczeń innych :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałem, stosowałem, działa:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam dwulatka na stanie i warto byłoby się pewnie wgłębić w tę pozycję, ale zanim ją zdołam przeczytać, mój synek wskoczy w nowy próg rozwojowy;) Pewnie powinnam się już rozglądać za jakimś poradnikiem dotyczącym trzylatka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla trochę starszych też się książka nadaje (tak myślę), ogólnie autorce chodziło o dzieci 1-2,5/3. Książkę czyta się szybko i możesz przejrzeć tylko interesujące Cię zagadnienia, więc mimo wszystko polecam się rozejrzeć w bibliotece czy gdzieś :)

      Usuń
  7. "Język niemowląt" uratował mi życie. "Język dwulatka" przeczytałam, ale już bez takiego entuzjazmu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, jak od samego początku wprowadza się sensowne zasady, to nie trzeba potem robić rewolucji :)

      Usuń
  8. Chętnie przeczytam i z czasem wypróbuję. Nawet jeśli nie zadziała, to szukać wskazówek warto ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam :) Każdy się uczy na swoich błędach, ale można je minimalizować korzystając z doświadczenia innych :)

      Usuń