Ecce homo.


Po zachwycie Zbrodnią i karą (tak, tak, jeszcze w liceum) obiecywałam sobie ciągle powrót do Dostojewskiego. Lata mijały, ciągle wynajdywałam pilniejsze lektury. Kiedy zobaczyłam nowe wydanie MG, pomyślałam, że teraz albo nigdy. Jak dostanę książkę do recenzji, to już nie mam wyjścia, przeczytać muszę :) No i przeczytałam!


„Muszę“ jest tu słowem kluczowym, ponieważ gdyby nie umowa, pewnie porzuciłabym lekturę. Cieszę się, że nie mogłam tego zrobić! Początek szedł mi wyjątkowo ślamazarnie, wydał mi się przegadany, chaotyczny, nudny. Sporo dygresji i „niepotrzebnych“ scen, filozoficzne dywagacje, teatralne sceny damsko-męskie. Nie żeby było zupełnie tragicznie, ale na podręcznej półce akurat stało tyle cudownych książek, które chciałabym przeczytać natychmiast, że naprawdę się męczyłam. Na nagrodę przyszło mi czekać gdzieś do drugiej połowy: tam wreszcie zrobiło się dynamicznie i ciekawie.

Brnąc przez te 560 stron, doświadczyłam chyba wszystkich możliwych emocji czytelniczych: od znudzenia i rozdrażnienia przez zmęczenie, potem zainteresowanie, wreszcie fascynację, zaskoczenie, olśnienie (po co te niepotrzebne sceny!), zachwyt i maleńkie rozczarowanie na końcu ;)

Jako całość książka jest wspaniała. Historia trzech braci, tak różnych i początkowo zupełnie sobie obcych, wzrusza i fascynuje. Każdy z nich inny, ale wszyscy targani wielkimi emocjami, każdy noszący w sobie potencjalną wielkość, zalążek dobra. „Rodowa namiętność“ jednych prowadzi ku wierze, która góry przenosi, innych popycha ku otchłani.

Dostojewski po raz kolejny pochyla się nad nurtującym go zagadnieniem ludzkiej, konkretnie – rosyjskiej duszy. Ile w niej skłonności do zła, ile pociągu ku dobremu? Jak balansować między tymi skrajnościami? Bo skrajności właśnie, najgorsza zgnilizna moralna albo najczystsza świętość są dla Karamazowów naturalne. Człowiek sam dla siebie pozostaje tajemnicą, lęka się swoich instynktów (Może go zabiję, a może nie zabiję, boję się wstrętu mego i nienawiści dla jego twarzy i jego bezwstydnego uśmiechu), ale też potrafi stanąć w prawdzie, upodlić się i ponieść konsekwencje swoich czynów (Byłem ja szalony, ale kochałem dobro. Co dzień chciałem się zmienić, a żyłem podobny dzikiemu zwierzęciu. Dziękuję panu prokuratorowi, że powiedział mi dziś o mnie samym wiele rzeczy nowych i ważnych).

Oglądamy wszystkie te porywy jak przez lupę, bo Rosjanie nie potrafią poprzestać na przeciętnym. Zdolni jednocześnie do najwyższej szlachetności i najmarniejszej podłości. Szlachetni wewnętrznie, w głębi swego jestestwa, miotają się uwięzieni w swoich namiętnościach. Którąkolwiek drogą pójdą, zawsze są o krok od przepaści albo na wyciągnięcie ręki ku wyżynom...

- Błaźnie! A kusiłeś ty kiedyś takich, co żywią się korzonkami i lata całe modlą się na pustyni, aż ciało ich mchem porośnie?
- Ależ gołąbku. Tym się właśnie głównie trudniłem. O całym świecie zapomnieć można dla jednego z takich. Taka dusza to brylant bezcenny, przedstawiający dla nas tysiąc razy większą wartość od całych konstelacji gwiezdnych (…). Nie masz wyobrażenia, jaka bezdeń wiary i niewiary mieścić się może jednocześnie w duszy takiego człowieka. Nieraz o włos prawie tylko znajdują się od najgłębszego upadku na same, zda się, dno.

Można oczywiście mówić o człowieku w ogóle, ale Dostojewski wyraźnie zaznacza odmienność Rosjan: Szeroka nasza rosyjska natura potrafi przecie objąć wszystko; Europa ma Hamletów, my, jak dotąd, tylko Karamazowów.

Niekiedy Dostojewski pozwala sobie na drwinę, ciekawym zabiegiem jest także wprowadzenie do jednej ze scen szatana (i to akurat w rozmowie z tym, który twierdzi, że jeżeli szatan istnieje, to człowiek stworzył go na podobieństwo swoje), trochę komicznego („diabeł z reumatyzmem“), jednak nikomu nie jest do śmiechu.

Rozważania filozoficzno-moralne i pytania o ludzką duszę to niewątpliwie podstawowy temat Braci Karamazow. Ale podczas procesu o morderstwo pada też wiele ważnych stwierdzeń, które sto lat temu musiały brzmieć rewolucyjnie. Kontrowersyjnych, jak Któż nie pragnie śmierci ojca?Wszyscy pozabijali ojców, a przyznać się boją, bo się lękają (…) Wszyscy pragną śmierci swoich ojców. I bardziej dziś zrozumiałych, ale mimo wszystko wartych odnotowania: trzeba się już raz rozstać z przesądem, że ojcem lub matką nazwać można tych, którzy dali życie dziecku, jeśli nie dali nic więcej. (…) Nie dość urodzić, trzeba zasłużyć na macierzyństwo.

Ustami tego samego bohatera autor wykłada swoje poglądy na posłannictwo mnichów w świecie, na rolę prostych ludzi (Lud ma waszą wiarę i on jeden zwycięży kiedyś ateizm), mówi o miłosierdziu dla zbrodniarzy jako jedynej drodze poprawy, o szeroko pojętym dobru. Wiele tematów i ciekawych myśli. Monolog ten niekiedy trąci moralizatorstwem, ale w szerszej perspektywie jest piękny i porywający – nic dziwnego, że przemawiający został nagrodzony burzliwą owacją.

Jeśli miałabym krótko ująć treść powieści, zamknęłabym ją w pytaniach: do czego zdolny jest człowiek? Co za ludzie? Jaki świat? Czy warto? Czy warto żyć...? W historii rodziny Karamazowych odzwierciedlają się dzieje całej prawie współczesnej rosyjskiej inteligencji, w miniaturze, oczywiście, jak słońce w kropli wody. Ale mamy tu znacznie więcej! Ta powieść to poszukiwanie prawdy o człowieku. Nie dziwi, że weszła do kanonu światowej literatury.

Moja ocena: 8/10.

I kilka słów na temat samego wydania, bo jedynie na ten temat niewiele jeszcze powiedziano na przestrzeni dziesięcioleci ;) Okładka – piękna! Porządna, szyta, można rozłożyć opasły tom na stole i dać odpocząć rękom.


Korekta, niestety, znów kuleje. Interpunkcja, literówki, no i żywa pagina, która zamiast przywoływać tytuły (licznych!) kolejnych rozdziałów i podrozdziałów, przez 560 stron przypomina nam, że czytamy Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego...

Wydanie oparto na pierwszym polskim przekładzie z 1913 roku, autorstwa Barbary Beaupré. Do porównania miałam też wersję Wacława Wireńskiego z 1929 i tę drugą czytało mi się znacznie trudniej. Różnica w tekście jest znacząca, dla porównania jeden akapit:

Wacław Wireński: 
Miał rzeczywiście prawdziwe zmartwienie, takie jak rzadko. Palnął głupstwo i to o jakiej rzeczy – o miłosnych uczuciach. „Co ja mam o tym do powiedzenia!“ - powtarzał sobie po raz setny. „Wstyd to jeszcze nic, wstyd to kara, ale gorzej, że będę teraz przyczyną nowych nieszczęść... A starzec posłał mnie, bym godził i łączył. Czy tak się łączy?“. Przypomniał sobie nagle, jak „łączył ręce“ i wstyd mu się zrobiło. „Choć zrobiłem to wszytko ze szczerzego serca, lecz przecież trzeba być mądrzejszym“ - zakończył swe rozmyślania. 

Barbara Beaupré
Alosza był istotnie poważnie zmartwiony. Nie mógł sobie darować wystąpienia swego, które uważał za zuchwałe i niedorzeczne.
O Boże – myślał – starzem posłał mnie w świat dla pogodzenia i uspokojenia zwaśnionych, tak to spełniłej jego rozkaz? Cóż stąd, że działałem szczerze i z dobrymi zamiarami, to nie dosyć, trzeba przede wszystkim mieć rozum i umiejętność życia.
Tak był zbolały, że nie potrafił nawet żartować z własnych błędów.  


Za zmobilizowanie mnie do przeczytania Braci Karamazow bardzo dziękuję wydawnictwu MG :) 

10 komentarzy:

  1. Haha! Ja w liceum obiecywałam sobie to samo! Zachwycona Zbrodnią i karą, miałam w planach sięgać po jego kolejne książki. Ale los jakoś nie był nic a nic łaskawy, więc do tej pory moim jedynym "dorobkiem" jest lektura szkolna. Znów sobie obiecuję, że sięgnę po inne powieści - mam tylko nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co się odwlecze, to nie uciecze... podobno ;)

      Usuń
  2. No to wydawnictwo się nie popisało i poszło po najmniejszej linii oporu bo tłumaczenie Barbary Beaupré uchodzi za najgorsze jakie dotychczas się ukazały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? Mnie się podobało bardziej niż to Wireńskiego. Tzn. jakoś łatwiej się czytało. Ale jak się oba mają do oryginału, nie wiem, bo moja szczątkowa znajomość rosyjskiego nie pozwala na wchodzenie w translatorskie niuanse ;)

      Usuń
    2. Bo ono jest łatwe :-) ale jak to zwykle bywa "coś za coś" i w ogóle nie oddaje klimatu, sprowadzając "Braci ..." do poziomu romansu. Podobno najlepsze to tłumaczenie Wata w wersji poprawionej przez Podgórca (wydane przez Puls) oraz przekład Pomorskiego (wydany przez Znak).

      Usuń
    3. Nie no, do romansu to chyba przesada ;) Ale szkoda, że nie zainteresowałam się wcześniej...

      Usuń
    4. Oj, chyba jednak nie :-). Oto opinia prof. Przebindy, która nawiasem mówiąc nie dotyczy edycji wydawnictwa MG, i która nie jest odosobniona. "Wcześniejsze tłumaczenie Barbary Beaupré z 1913 roku liczyć się nie może, choć wydano je po raz drugi w 1927 roku w „Bibliotece Dzieł Wyborowych”. Był to jednak tylko romans dla pensjonarek, który nawet skończył się w duchu prawdziwego harlequina: „Tegoż dnia odbyły się zaręczyny Aloszy z panną Chachłakow. Katarzyna patrzyła na Aloszę ze czcią prawie. On zaś miewał dziwne uśmiechy i głębokie spojrzenie w dal, jakby przewidując przyszłe swe losy. Iwan z wolna powracał do zdrowia”... Z tej warszawskiej edycji Dostojewskiego usunięto liczne fragmenty: o wielkim inkwizytorze, o Iliuszy, prawie wszystko o starcu Zosimie. Autor wstępu Leo Belmont uzasadnił to wszystko „potrzebą wygładzenia stylu oryginału na rzecz większej potoczystości”. Z jego słów widać jasno, do kogo adresowana była powieść: „Gwoli popularyzacji dzieła Dostojewskiego na naszym gruncie wydawcom zdało się słusznym skrócić nieco rzecz w przekładzie, przez poświęcenie, bez krzywdy dla beletrysty-autora, dociekań mistyka prawosławnych świętości, zbyt gadatliwych i nazbyt już obcych pojęciu czytelnika polskiego dygresji religijno-filozoficznych, a nadto dłużyzny mnogich powtórzeń oryginału. Powieściowa fabuła zyskała przez to na zwartości i żywości akcji. Zręczny skrót uczynił całość strawniejszą dla dzisiejszego mniej cierpliwego czytelnika i niewątpliwie zapewni genialnemu dziełu Dostojewskiego większą a zasłużoną poczytność wśród szerokich kół publiczności polskiej”. Ale czy i dzisiaj paru wydawców nie posłużyłoby się chętnie podobną metodą?"

      Usuń
    5. To wiele wyjaśnia :o Bo pierwsze 150 stron przeczytałam właśnie w wersji Zielonej Sowy (Wireńskiego), a potem nie mogłam się połapać, bo to nowe wydanie miało mniej stron, a mimo wszystko byłam dalej (gdzieś na 190 zamiast na 145). (W każdym razie załapałam się na dłużyzny o starcu Zosimie ;) ). No i właśnie zakończenie mnie rozczarowało, co zresztą napisałam wyżej, muszę doczytać w takim razie jakieś inne (no szok).
      Ale w głowie się nie mieści, że można wywalić tyle tekstu w ramach "tłumaczenia"! Hmmm... Najbardziej podoba mi się fragment "Zapewni genialnemu dziełu Dostojewskiego większą a zasłużoną poczytność" :D Zgroza!

      Usuń
    6. Ha, teraz tytuł Twojego posta nabiera podwójnego znaczenia. Bo "ecce homo" równie dobrze może odnosić się do działań naszych rodzimych wydawców, którzy nawet nie byli łaskawi poinformować, że serwują czytelnikowi aż tak okrojoną wersję tego dzieła. Ja pewnie też wpadłbym w tę pułapkę, gdybym w "Braci Karamazow" nie zaopatrzył się już wcześniej. Ponadto Marlow wspominał (ostrzegał) na swoim blogu o tym właśnie wydaniu. Zgroza, zaiste zgroza - czytelnik musi być naprawdę czujny, żeby nie dać się wykiwać.

      Usuń
    7. Obawiam się, że właśnie mój wpis zmobilizował Marlowa do tego ostrzeżenia ;)
      Szkoda, że w ogóle powstają takie wydania - jaki jest sens nagłaśniania wznowienia, jeśli okazuje się najgorszą z dostępnych wersji? Zupełnie tego nie rozumiem, bo co za problem na podstawę wydania wziąć coś wierniejszego? Te pozostałe też są stare, więc to chyba nie kwestia funduszy...

      Usuń